Relacja z Jordanii - Dzień 4
Nastał świt, który przywitał nas chmurami. Na szczęście dość szybko się przetarło i wyszło piękne słońce. W takich okolicznościach nawet to gruzowisko, które robiło za otoczenie naszego hotelu, robiło względnie miłe wrażenie.



Zjedaliśmy śniadanie i nie zwlekając wyruszyliśmy w dalszą drogę. W kierunku Morza Martwego.
Przez Wadi Araba
Z Akaby do południowego krańca Morza Martwego jest nieco ponad 200 km. Najkrótsza trasa, droga nr 65, przebiega dnem doliny Wadi Araba (zwanej też Ha-Arawa). Okolica jest pustynna i w niewielkim stopniu zamieszkała. I z tych dwóch powodów ten etap trasy bardzo mi się podobał.
Nie ma po drodze miast, jedynie kilka osad. Ruch drogowy jest niewielki, a asfalt dobrej jakości. Mogłem się zrelaksować i podziwiać widoki. A te miejscami były całkiem ciekawe.


W Jordanii dość częstym widokiem są zlokalizowane przy drogach specyficzne daszki. Na pierwszy rzut oka przypominają one wiaty przystankowe (pomijając fakt, że są absurdalnie wysokie). Faktyczne przeznaczenie tych konstrukcji to ochrona przed słońcem policyjnych radiowozów.
Choć jak patrzyłem na te radiowozy, nie byłem pewien, czy nie należą one raczej do wojska albo innych "poważniejszych" służb. Bo część z nich miała na wyposażeniu spory karabin maszynowy. W przeciągu 4 dni spotkaliśmy kilka tak uzbrojonych pojazdów.
Na drodze nr 65 zostaliśmy zatrzymani przez jeden z patroli. Być może wynikało to z bliskości izraelskiej granicy. Mundurowy rzucił okiem na nasze dokumenty, na nasze poczciwe słowiańskie twarze i kazał jechać.
Będąc już bliżej niż dalej Morza Martwego, dopadła nas z kolei ogromna ulewa. Przez drogę przelewały się potoki wody spływające z pobliskich wzgórz, a przez przednią szybę było niewiele widać. Musieliśmy się zatrzymać.

Podejrzewam, że na własne oczy oglądaliśmy zjawisko powodzi błyskawicznej. Dobrze, że wyszliśmy z tego bez strat. Bo potrafię sobie wyobrazić sytuację, gdy potoki wody porywają samochód. Na szczęście skończyło się na kilku minutach niepokoju. W końcu deszcz zelżał i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę.
Jakiś czas później zatrzymaliśmy się w przydrożnym sklepie z różnymi pamiątkami związanymi z Morzem Martwym. Porozmawialiśmy chwilę ze sprzedawcą o tym, co nas spotkało. Stwierdził, że takie sytuacje kiedyś były dużo rzadsze. Deszcz padał częściej, ale słabiej. A teraz potrafi całą wiosnę nie padać, żeby jednego dnia spadła ogromna ilość wody.
Wzdłuż Morza Martwego
W końcu dotarliśmy do południowej części Morza Martwego, która poprzecinana groblami wygląda specyficznie. Dziś ta część jeziora to w zasadzie płytkie kałuże. Podtrzymywane sztucznie poprzez przepompowywanie wody z północnej, dużo głębszej części akwenu. Ma to związek z działającymi tu zakładami wytwarzającymi potas.
Na tę część jeziora rzucaliśmy okiem jedynie przez szyby samochodu. Jakoś to, co widzieliśmy, nie zachęcało do postoju. Natomiast gdy już dojechaliśmy do właściwego "morza", zatrzymaliśmy się w pierwszym dogodnym miejscu. Tu już było co oglądać. Nie były to może widoki, które zapierały dech, ale połączenie błękitno-turkusowej wody i surowych, pozbawionych zieleni skał robi wrażenie.


Gdy wracaliśmy do samochodu, zobaczyliśmy auto miejscowych stojące na poboczu z otwartą maską. Problemem był najwyraźniej wyciek płynu z chłodnicy, bo jeden z podróżujących spytał nas, czy mamy może butelkę wody. Na szczęście mieliśmy.
Ruszyliśmy dalej, cały czas mając po lewej (zachodniej) stronie jezioro, a po prawej niższe lub wyższe skały. Droga biegnie przy tym kilka, kilkanaście metrów ponad taflą wody, wiec widoki są naprawdę fajne.
Będąc w Jordanii, dla samych widoków warto się przejechać drogą nr 65 na odcinku biegnącym wzdłuż Morza Martwego.
Wadi Mujib
Kolejny postój to Wadi Mujib. Jest to głęboki kanion, dnem którego praktycznie przez cały rok płynie strumień. Wędrówka tym kanionem to jedna z popularniejszych atrakcji Jordanii.
Zdjęcia z Wadi Mujib wyglądają naprawdę zachęcająco. Dlatego mieliśmy cichą nadzieję, że uda się nam przynajmniej zajrzeć do kanionu, przejść jakiś fragment niewymagający brodzenia w wodzie.
Nic z tego. I to z dwóch powodów. Raz, że byliśmy przed startem sezonu, który trwa od kwietnia do października. A dwa, o czym dopiero teraz przeczytałem, wstęp do kanionu wymaga biletu (nietaniego). Nasz plan wejścia w głąb tylko trochę raczej nie wchodzi w tym przypadku w grę.
Weszliśmy więc tylko do Centrum Informacji Turystycznej i zobaczyliśmy wylot kanionu do Morza Martwego z mostu nad strumieniem.


Z pewnym niedosytem ruszyliśmy dalej.

Kąpiemy się na dziko
Kolejnym punktem wycieczki miała być kąpiel w Morzu Martwym. No, może nie kąpiel, ale przynajmniej symboliczne zamoczenie nóg. Plaż, gdzie można to zrobić po bożemu, po jordańskiej stronie jeziora nie brakuje. Ale niespecjalnie mieliśmy ochotę płacić relatywnie duże pieniądze za kilka minut w wodzie. Bo na więcej, ze względu na napięty grafik, nie mogliśmy sobie pozwolić.
Dlatego celowaliśmy w miejsce, które na Google Maps jakaś dobra dusza oznaczyła jako "free beach". Problem w tym, że nie mogliśmy tej plaży znaleźć. Podejrzewam, że znacznik na mapie został wstawiony w złym miejscu.
Pokręciliśmy się trochę, aż w końcu zrezygnowani zatrzymaliśmy się w miejscu, które rokowało możliwość zejścia do wody. Okazało się, że trafiliśmy na drogę używaną przez wywrotki i ciężki sprzęt, które obsługiwały jakieś roboty ziemne przy brzegu.

Bez większych problemów zeszliśmy do wody i mogliśmy chwilę w niej pobrodzić. Nie jest to specjalnie miłe uczucie. Woda jest oleista i lepka. W smaku też niezaspecjalna. No, ale Morze Martwe zaliczone.



Po "kąpieli" ruszyliśmy do ostatniego miejsca w planie naszej wycieczki - miasta Dżarasz.
Carmagedon
Nawigacja kierowała nas najpierw w stronę Ammanu, a potem drogą nr 35 na północ. Pierwszy etap trasy, ten do Ammanu, był przyjemny. Szeroka droga wiła się przez pagórkowaty teren, który im dalej od Morza Martwego, tym bardziej potrafił zadziwić zielenią. Ponadto, ruch był w miarę niewielki. Mogłem więc spokojnie oglądać widoki za oknem.
Natomiast po wjechaniu na drogę nr 35 zaczął się horror.
Na tym odcinku na każdej z jezdni są wymalowane 3 pasy ruchu. Ale dla tutejszych kierowców to chyba tylko sugestia, bo w wielu miejscach samoistnie wykształcały się 4 rzędy aut. Ten jeden prosty trik pozwala zwiększyć przepustowość drogi o 33%! Że też w Europie jeszcze na to nie wpadliśmy xd. Zdarzali się przy tym kierowcy, którzy stwierdzili, że będę jechać zgodnie z zamysłem projektanta drogi.
Ale to nic. Najbardziej stresujące były zmiany pasa ruchu w wykonaniu miejscowych. Trąbili i nie przejmując się tym, czy się zmieszczą, zmieniali pas. Oczywiście bez kierunkowskazów. Nikt ich tu praktycznie nie używa, a już zwłaszcza nie do sygnalizowania zmiany pasa ruchu.
Jazda wymagała pełnej koncentracji. Przed kilkoma niebezpiecznymi sytuacjami ostrzegł mnie Paweł. To cud, że nikt w nas nie wjechał, ani my w nikogo nie przywaliliśmy.
Jechaliśmy w ten sposób jakieś kilkadziesiąt minut. Im dalej od Ammanu, tym ruch robił się mniejszy. Ale i tu trafialiśmy na przejawy fantazji miejscowych kierowców. Na przykład totalnie dla mnie niezrozumiałe jechanie środkiem dwupasmowej jezdni.
Mieliśmy do czynienia z chaosem drogowym w czystej postaci. Tak to odbierałem. A na co dzień jeżdżę po Warszawie, w której agresja i dziwne sytuacje na drodze nie są niczym niezwykłym (choć z roku na rok jest coraz lepiej). Ale wierzcie mi, po powrocie do stolicy czułem, że na ulicach otaczają mnie sami odpowiedzialni, spokojni i uprzejmi kierowcy.
Wybierając się do Jordanii trzeba po prostu zaakceptować panującą tu kulturę drogową. Miejscowi świetnie się w niej odnajdują. Mało tego, w 2019 roku, na 100 tys. mieszkańców, ginęła tam w wypadkach podobna liczba osób co w Polsce - niecałe 8.
Ale jest inny problem wynikający z takiego stylu jazdy. Obtarcia i wgniotki na karoserii to tutaj chleb powszedni. Można je spotkać zarówno na starych gruchotach, jak i na autach za ćwierć miliona.
Do Dżaraszu wjeżdżałem wykończony psychicznie i kipiący złością na tutejszych kierowców. Na ich mentalność i brak poszanowania zasad. Było mi wszystko jedno, co tu będziemy oglądać, tym bardziej, że miały to być jakieś rzymskie ruiny. Po których, prawdę powiedziawszy, nie spodziewałem się wiele.
Park Archeologiczny w Dżaraszu
Część starożytnych budowli jest widoczna z ulicy. Już ten widok zza okien samochodu wystarczył, że zeszło ze mnie dużo złych emocji i pojawiły się przebłyski entuzjazmu. Który po wejściu na teren Parku (na Jordan Pass) już tylko narastał.
Zaczęliśmy zwiedzanie i dość szybko trafiliśmy na miejsce idealne do spożycia posiłku. A był on wtedy kwestią priorytetową. Była bowiem godzina 15:00, a my od rana nic normalnego nie jedliśmy.

Korzystając z chwili przerwy na posiłek, posłuchajcie najważniejszych informacji o mieście i jego ponownym odkryciu.
Krótka historia Dżaraszu
Zielona, pagórkowata okolica, żyzne gleby i wesoło szumiący w dolinie strumień. Nic dziwnego, że już w czasach neolitycznych osiedlali się tu ludzie. Jednak pierwsza udokumentowana wzmianka o Gerazie (Gerasa), bo tak pierwotnie nazywało się miasto, pochodzi z III wieku p.n.e.
Dobrobyt mieszkańców miasta opierał się na dwóch filarach - rolnictwie i wydobyciu rudy żelaza w pobliskich kopalniach.
Zauważalny rozkwit miasta nastąpił wraz z podbojem tych ziem przez Cesarstwo Rzymskie. Po części, ze względu na nowe szlaki handlowe, które przebiegały w pobliżu. Na marginesie, to te same szlaki, które sprawiły, że w tym czasie Petra straciła na znaczeniu.
Około 130 roku w mieście przebywał cesarz Hadrian. Po tej wizycie w Gerazie zaczęto budować na potęgę. Był to najlepszy okres w historii miasta, które na przełomie III i IV wieku mogło mieć nawet 25 tys. mieszkańców. Kolejny bum budowlany miał miejsce w okresie Bizancjum, kiedy to masowo powstawały chrześcijańskie kościoły.
A potem nastał VII wiek, w którym Bliski Wschód wpadł w objęcia nowej religii - islamu. Skutki walk między wyznawcami Mahometa a wojskami Cesarstwa Wschodniorzymskiego dotknęły także Gerazę. Choć zniszczenia były relatywnie niewielkie.
Dużo bardziej negatywny skutek miała epidemia dżumy. Mimo tych nieszczęść, Geraza, nieco przygaszona, funkcjonowała dalej. Tylko już pod arabską nazwą Dżarasz (po angielsku Jerash).
Definitywny kres miasta nastąpił w 747 roku, kiedy to okolicę nawiedziło bardzo niszczycielskie trzęsienie ziemi. Dżarasz się wyludniał. Z 20 tys. mieszkańców w mieście pozostały 4 tys. Potem było już tylko gorzej. Gdy w XII wieku ruiny Dżaraszu odwiedzili Krzyżowcy, raportowali, że miasto jest opuszczone i niezamieszkałe.
Przez wieki piasek przysypał ruiny, a upływający czas zatarł w Europie wiedzę o tym, gdzie znajduje się znana z historycznych przekazów Geraza. Dlatego odnalezienie miasta przez niemieckiego podróżnika Ulricha Jaspera Seetzena w 1806 roku było sporą sensacją w naukowym światku.
Nie był to przypadek, ale prowadzone z głową, zorganizowane poszukiwania. Wymagały one zresztą sporej odwagi. Napoczątku XIX wieku tereny za Jordanem były po pierwsze kompletnie nieznane, po drugie - niebezpieczne. Miejscowi Beduini walczyli między sobą i nieufnie patrzyli na obcych. Zwłaszcza na Europejczyków.
W 1878 roku do miasta wrócili mieszkańcy. Sułtan Imperium Osmańskiego przysłał tu Czerkiesów - grupę etniczną żyjącą niegdyś na Kaukazie. Przesiedlenie było efektem końcowym czystek, które temu ludowi urządziła carska Rosja. Nie będę zgłębiał tego tematu, bo nie jest to wątek istotny dla tej historii.
Istotne jest to, że nowo przybyli zaczęli wznosić swoje domostwa wykorzystując materiały ze starożytnych budowli. Na szczęście, recykling objął głównie wschodnią część miasta, czyli tę, gdzie przed wiekami znajdowały się zwykłe domy. Bardziej imponujące ruiny pozostały w znacznej mierze nieruszone.
W 1928 roku rozpoczęły się prace archeologiczne, które z mniejszym lub większym nasileniem trwają do dziś.
Czas ruszać dalej. Ale najpierw zerknijcie, jaki mieliśmy widok podczas posiłku.

Może na pierwszy rzut oka tego nie widać, ale to hipodrom.
Hipodrom
Hipodrom, przynajmniej w starożytności, był torem, na którym odbywały się wyścigi rydwanów lub koni. Ten w Gerazie został zbudowany na początku III wieku i miał imponujące (przynajmniej wg mnie) wymiary - ponad ćwierć kilometra długości i 50 metrów szerokości. Mógł pomieścić do 17 tys. widzów.
Nie ma natomiast pewności, czy został oddany do użytku, i czy kiedykolwiek pełnił swoją pierwotną funkcję. Już pod koniec IV wieku jego północna część (tam, gdzie się posilaliśmy) została przekształcona w amfiteatr. Toczyły się w nim walki gladiatorów i uprawiano inne sporty.
Z czasem reszta budowli zaczęła być wykorzystywana przez rzemieślników jako warsztaty. Bytowali tu m.in. garncarze i farbiarze. Budowla bywała też źródłem materiału do naprawy murów miejskich. Skończyła natomiast jako miejsce pochówku ofiar dżumy, która nawiedziła miasto w VIII wieku.
To, co zostało z budowli, to fundamenty i niewielkie fragmenty trybun. Są też efektowne łuki zamykające arenę od południa. Sąsiadują one z łukiem triumfalnym, do którego wyruszyliśmy.
Łuk Hadriana
Łuk powstał dla uczczenia wizyty cesarza Hadriana w mieście. Zachowało się bardzo dużo fragmentów budowli, więc można ją było w pełni zrekonstruować.

Łuk miał być nową, najbardziej na południe wysuniętą bramą do miasta. Ale ostatecznie nie zbudowano murów, które by do niej dochodziły. I łuk pozostał wolnostojącą budowlą.
Po obejrzeniu łuku weszliśmy na chwilę na teren hipodromu. Z poziomu "areny" nie ma zbyt dużo do oglądania. Widać, jak mało zostało z trybun.
Wróciliśmy więc do miejsca, w którym spożywaliśmy posiłek i przez Bramę Południową weszliśmy w obręb murów miejskich.

Świątynia Zeusa
Świątynia poświęcona najważniejszemu greckiemu bogowi znajdowała się na wzgórzu, w najbardziej eksponowanej części miasta. Prowadziła do niej główna ulica Gerazy (Cardo), która przed świątynią rozszerzała się w plac (Owalny) tak, by dać przestrzeń do podziwiania budowli.

Świątynia była jedynie częścią całego sanktuarium. W jego skład wchodził tak zwany Taras Dolny - budowla o wymiarach 100 na 50 metrów położona poniżej świątyni i sąsiadująca bezpośrednio z Placem Owalnym. Dolny Taras powstał dużo wcześniej niż sama świątynia, bo na początku I wieku, podczas gdy budynek świątyni w 162/163 roku n.e.
Z punktu widzenia "wiernych", dolny taras był nawet istotniejszy niż sama świątynia. Tu bowiem znajdował się ołtarz ofiarny, przed którym mogli się gromadzić. Sam budynek świątyni, czyli miejsce gdzie trzymano wizerunek bóstwa, przedmioty związane z kultem czy wota, dla zwykłych śmiertelników był niedostępny.
A jak to wygląda dzisiaj? Z Dolnego Tarasu pozostał bruk i kilka ścian. Zachowały się mury świątyni, choć są w nich spore ubytki. Odtworzono też kilka z kilkudziesięciu kolumn. To znaczy zebrano z okolicy fragmenty oryginalnych kolumn i umieszczone je z powrotem na swoim miejscu.

Powyższa fotografia pochodzi z jednej z tablic informacyjnych. Tych jest na terenie Parku naprawdę wiele. Są ciekawe i napisane w miarę prostym językiem. Do tego sporo na nich historycznych zdjęć czy rysunków poglądowych pokazujących, jak budowle mogły wyglądać, gdy powstały. Kawał dobrej roboty.

Szkoda, że nie było możliwości rekonstrukcji Świątyni Zeusa w większym stopniu. Niestety, za czasów Bizancjum część jej murów została użyta do budowy kościołów. Wiadomo, kościół ważna sprawa, ale wg archeologów powstało ich wtedy aż 19! W mieście liczącym około 20 tys. mieszkańców.
Kamienie ze świątyni odnaleziono też w dużo mniej nobilitującym miejscu. Również w okresie Bizancjum wykorzystywano je do odnowienia nawierzchni Cardo. Pokazuje to dobitnie, jak bardzo już wtedy "starzy bogowie" mało kogo obchodzili.
Świątynię Zeusa oglądaliśmy na samym końcu naszego zwiedzania. Natomiast z narracyjnego punktu wiedzenia wygodniej mi było wstawić ją tutaj. Bo od razu mogę przejść do wspominanego już placu.
Plac Owalny
Ma słuszne rozmiary (80x90m) i dość nietypowy kształt. W przybliżeniu jest to owal, choć bliżej mu do jajka lub awokado. Dodatkowo jest ścięty przez Dolny Taras Sanktuarium. Widać to dobrze na ostatnim zdjęciu.
Plac został zbudowany tak, by w płynny sposób połączyć główną ulicę miasta z wejściem do Sanktuarium Zeusa. Jeśli wierzyć opisowi na tablicy informacyjnej (i mojej znajomości angielskiego), był to w ogóle powód budowy placu.

Początkowo plac nie miał kamiennej nawierzchni, był tylko otoczony istniejącymi do dziś kolumnami (zachowały się chyba wszystkie). Nawierzchnię wykonano na początku II wieku i wiązało się to z nadbudową o wysokości 6-8 metrów, co miało niwelować istniejące tu zagłębienie.
Cardo
W rzymskich miastach (i obozach wojskowych) miano Cardo nosiła główna ulica, z założenia o orientacji północ-południe. W Dżaraszu Cardo jest odchylone od tej wzorcowej orientacji o jakieś 30 stopni. Zadecydowało o tym ukształtowanie terenu i bieg rzeki Chrysorhoas (Wadi Jerash)

Ulica posiada zachowany oryginalny bruk z ogromnych kamiennych płyt. Na ich wapiennej powierzchni widać wyżłobienia po kołach rydwanów. Metr pod kamiennymi płytami skrywa się główny kanał kanalizacyjny (o wdzięcznej nazwie Cloaca maxima).
Cardo była na całej długości (około 800 metrów) otoczona kolumnami. Podtrzymywały one zadaszenie nad czymś na kształt chodników. Za kolumnami znajdowały się budynki użyteczności publicznej, świątynie i sklepy w ogromnej liczbie.

Mimo że często wybrakowane kolumny nie podtrzymują już dachów, a z budynków pozostały gruzy i pojedyncze ściany, to i tak całość robi spore wrażenie. Z pomocą grafik z tablic informacyjnych nietrudno sobie wyobrazić jak wspaniale wyglądała ulica te półtora tysiąca lat temu.

Ze względu na status ulicy, znajdowało się przy niej wiele okazałych budowli. Jedne z nich zachowały się lepiej, inne gorzej. Ze względu na goniący nas czas, nie oglądaliśmy ich zbyt dokładnie. Na dłużej zatrzymaliśmy się przy obiekcie, który już na pierwszy rzut oka robił spore wrażenie.
Nimfeum
Był to rodzaj fontanny, często występujący w rzymskich miastach. Z tym, że woda nie tryskała z dołu, ale spadała do zbiornika z otworów na ścianie.

Nimfeum w Gerazie oprócz funkcji robienia wrażenia na przybywających do miasta, służyło też do codziennego zaopatrywania ludności w wodę. Jako że woda płynęła do zbiornika przez cały czas, jej nadmiar spływał do kanalizacji pod Cardo.

Niedaleko Nimfeum znajduje się kolejna imponująca budowla - coś na kształt wrót, a za nimi gigantyczne schody. Miejsce to nazywa się Propyleum i jest wejściem na teren Sanktuarium Artemidy.


W pewnym momencie wędrówki pod górę, na linii horyzontu pojawiają się głowice kolumn. Od tego momentu, każdy kolejny krok odsłania budowlę, dla której powstały te gigantyczne schody.
Świątynia Artemidy
W greckiej mitologi Artemida jest przedstawiana jako bogini zwierząt, łowów, lasów, gór i roślinności. Odpowiadała też za płodność i niosła ulgę rodzącym kobietom. Jej najbardziej znany wizerunek - rzeźba, znajduje się w Luwrze. Prawdopodobnie kojarzycie.
Bogini ta była patronką Gerazy. Wypadało więc wybudować jej świątynię. Bezpośrednim impulsem do jej powstania było prawdopodobnie polecenie cesarza Hadriana.

Podobnie jak w przypadku Świątyni Zeusa, Świątynia Artemidy wchodziła w skład sanktuarium. Był to dziedziniec o wymiarach 115 na 155 metrów, otoczony portykami, z których do dziś pozostało kilka kolumn.


Niestety, także w tym miejscu nie spędziliśmy zbyt dużo czasu. Czas gonił. Ruszyliśmy w drogę powrotną ścieżką okalającą Park od zachodu. Dobrze z niej widać wszystkie ruiny w dole.

Dla tej zieleni warto odwiedzić Dżarasz wczesną wiosną.

Naszym celem był Teatr Południowy. Jak nietrudno się domyśleć, Geraza miała też drugi teatr, położony w północnej części miasta. Jednak tej budowli nie widzieliśmy nawet przelotem.
Teatr Południowy
Budowany był w latach 90-92 n.e. ze zrzutek co bogatszych mieszkańców Gerazy. Pełnił nie tylko funkcję teatru. Odbywały się tu zgromadzenia o charakterze politycznym. Mógł pomieścić do 3,5 tys. widzów.


Warto wspiąć się na górne rzędy - roztacza się z nich świetny widok na okolicę. Ale o tym wiem z opisu na ulotce. My nie mieliśmy czasu na wspinaczkę. Jeszcze tylko wejście do Świątyni Zeusa i zakończyliśmy zwiedzanie Parku.

Park Archeologiczny obeszliśmy w półtorej godziny, co jest wręcz obrazą dla tak ciekawego miejsca. Nie widzieliśmy całej masy obiektów i zwłaszcza pod koniec, kolejne miejsca po prostu odhaczaliśmy pozwalając sobie na kilka minut przy każdym z nich.
Czuję ogromny niedosyt, mimo że to ja byłem głównym popędzającym. Od lotniska dzieliło nas 75 kilometrów, a trasa (ponownie) przebiegała przez zakorkowane przedmieścia Ammanu. Do tego zatankowanie i zdanie samochodu oraz procedury lotniskowe. Wolałem mieć zapas czasu.
Droga powrotna przebiegała spokojniej niż dojazd do Dżaraszu. Mieliśmy trochę problemów ze znalezieniem stacji benzynowej w okolicy lotniska, co podniosło mi ciśnienie, ale ostatecznie dotarliśmy tam na czas, choć na miejscu prawie dostałem zawału.
Oto bowiem człowiek, który sprawdzał mój bagaż, nie zamknął torby fotograficznej, i gdy mi ją oddawał, wypadł z niej jeden z obiektywów. Prawie widziałem, jak delikatne szkło rozbija się w drobny mak. O dziwo, obiektyw wyszedł z tego wypadku bez najmniejszego szwanku.
Poza tym kontrolerzy patrzyli podejrzliwie na jedzenie, które zabraliśmy ze sobą. A to słoik dżemu, a to napoczęta chałwa. Ale nie powiedzieli ani słowa. Wsiedliśmy do samolotu i już bez przygód wróciliśmy do Polski.
Mimo że trwała tylko cztery dni, była to moja najciekawsza podróż. Nie najbardziej ekstremalna, nie obfitująca w najlepsze widoki, nie odbyta w najmilszym towarzystwie (bo choć nic do rodzeństwa nie mam, to jednak co żona to żona ;-), ale właśnie najciekawsza.
Tylu dziwnych akcji co tu, nie przeżyłem nigdzie indziej. Nidzie indziej nie czułem się też tak obco i tak zdany tylko na siebie. Nigdzie indziej nie czułem też takiego ducha przygody.
I choćby dlatego, by poznać tak inny od naszego świat, warto odwiedzić Jordanię. Jednak na mojej liście miejsc, do których chciałbym wrócić, Jordania jest daleko. Przez te cztery dni wystarczająco nasyciłem się tym krajem.
Owszem, marzy mi się samodzielne przedzieranie się przez Wadi Rum w aucie 4x4 i noc w namiocie pod rozgwieżdżonym niebem. Powędrowałbym przez rezerwat przyrody Dana czy zwiedził dokładnie Petrę i Dżarasz. Ale są to podróżnicze marzenia z kategorii tych mniejszych. Dużo większe czekają na realizację.
KONIEC
Gdy piszę te słowa, jest początek grudnia 2021 roku. Od pobytu w Jordanii niedługo miną 3 lata. Tak, ta relacja rodziła się długo i w bólach.
Zacząłem ją pisać na początku 2020 roku, niecały rok po podróży. Dość szybko jednak wpadłem w sidła własnej ciekawości. Poszło o Mapę z Madaby. Moje największe rozczarowanie tego wyjazdu. Zacząłem o niej czytać, by zdobyć nieco informacji o miejscach, które przedstawia. Zanim się zorientowałem, już studiowałem historię Bliskiego Wschodu. Pisanie relacji zeszło na dalszy plan.
Potem nastąpił ciąg wydarzeń, który sprawił, że jestem dziś szczęśliwym mężem. Miałem zdecydowanie ważniejsze zajęcia niż pisanie :-)
No, ale w końcu moje życie nieco się uspokoiło, a kwestia niedokończonej relacji zaczęła mnie coraz bardziej uwierać. Dlatego w czerwcu 2021 roku ponownie podjąłem temat. Z licznymi przestojami dobrnąłem do szczęśliwego końca.
Tym niemniej, jeżeli jeszcze kiedyś rzuciłbym w eter pomysł pisania jakiejś relacji, uprzejmie Was proszę, wybijcie mi go z głowy.
