W cztery dni dookoła Jordanii
Do krajów arabskich nigdy mnie nie ciągnęło. Kojarzyły mi się z brakiem zieleni, brudnymi miastami i nadmorskimi kurortami, w których przez większość czasu leży się do góry brzuchem. Tym niemniej, gdy na początku 2019 roku siostra zaproponowała mi wyjazd do Jordanii, od początku wiedziałem, że muszę w nim wziąć udział. Wystarczyło mi tylko przekonać zdrowy rozsądek, że to wcale nie taki zły pomysł.

Nie było to trudne, bo przedstawiony plan podróży wyglądał bardzo ciekawie. Nawet pomimo tego, że obejmował miejsca, o istnieniu których nie miałem zielonego pojęcia (nie kojarzyłem nawet Petry!).
Jedyne obawy, jakie miałem, to te o kontakt z nieznaną kulturą i o bezpieczeństwo. Uwierzyłem jednak zapewnieniom siostry, że ze wszystkich arabskich krajów, Jordania uchodzi za ten najbardziej „europejski”. Wręcz idealny na początek.
Polacy, do grona nacji licznie odwiedzających Jordanię, dołączyli w październiku 2018 roku. Wtedy to linie lotnicze Ryanair otworzyły bezpośrednie połączenie z Polski (Kraków Balice lub Warszawa Modlin). Bilety kupiliśmy pod koniec stycznia. Kosztowały 311 zł. W mojej ocenie, kwota naprawdę niewygórowana.
W tym miejscu wypada przedstawić resztę drużyny. Była to siostra Jola, brat Paweł i Asia - koleżanka Joli. Asię miałem już przyjemność poznać w 2015 roku podczas wyprawy na Islandię.
Wycieczka trwała 4 dni. Rozpoczęła się w piątek 22 marca 2019 r. a zakończyła w poniedziałek 25 marca. Tylko 4 dni, ale gdy ją wspominam, mam wrażenie, że trwała co najmniej tydzień. Magia podróżowania :-)
Dzień 1
Który zaczynam, czując się jak bezdomny na dworcu. W Jordanii testuję czujność ochrony lotniska, a potem zwiedzamy miasto Madaba. Gdzie zjadam kebaba i przeżywam spory zawód. A na koniec dnia, razem z naszymi jordańskimi gospodarzami, toczymy nierówną walkę z prysznicem.
Dzień 2
W którym zwiedzamy Petrę - główną atrakcję Jordanii. Potem szukamy piekarni, a wieczorem jesteśmy już w zupełnie innym miejscu. W którym przez moment wydaje mi się, że zostaliśmy porwani. A ostatecznie prawie bierzemy udział w beduińskiej potańcówce.
Dzień 3
Zaczyna się zwiedzaniem cudownej pustyni Wadi Rum. Potem jest już gorzej. Uciekamy przed burzą piaskową, zostaję oszukany, statek dybie na życie Asi, a Paweł wyzywa miejscowego handlarza. Zdegustowani jedziemy do Akaby, gdzie dla odmiany, jest całkiem miło.
Dzień 4
Ostatniego dnia przemierzamy pustynię Wadi Araba, na dzikiej plaży zanurzamy stopy w Morzu Martwym i przeżywamy drogowy armagedon. Po czym dla uspokojenia, w Dżaraszu, zwiedzamy imponujące ruiny rzymskiego miasta idyllicznie nurzające się w zieleni traw.
