Relacja z Jordanii - Dzień 2

Nastał świt… a niedługo po nim rozbrzmiało śpiewne, głośne i przeszywające wezwanie na modlitwę płynące z minaretu pobliskiego meczetu. To było niezwykłe uczucie. Przez dłuższą chwilę nie wiedziałem, co się dzieje i czy śpiew muezina to sen czy jawa.

Wstaliśmy koło godziny 6:00, która odpowiadała naszej piątej. Wyszykowaliśmy się, zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy do Petry.

Budynek w Wadi Musa, obok naszego hostelu.
Budynek w Wadi Musa, obok naszego hostelu.

Petra, jeden z siedmiu współczesnych cudów świata. To największa atrakcja Jordanii i nie wiem, czy nie całego arabskiego świata. A prawdopodobnie nawet nie słyszeliście o ludziach, którzy ją stworzyli. Dlatego teraz klika słów o nich.

Nabatejczycy

Nazywali siebie Nabatu – co oznacza ludzi, którzy czerpią wodę.

Był to lud pochodzenia arabskiego. Uważa się, że pierwotnie zamieszkiwał południową cześć Półwyspu Arabskiego, czyli tereny dzisiejszego Jemenu. Jak się zatem stało, że pojawił się na terenach dzisiejszej Jordanii? W zasadzie to przez jeden z żydowskich buntów. Ale po kolei.

Nabatejczycy zajmowali się wypasem owiec i wielbłądów, a część z nich transportem towarów. I jedno i drugie wymagało przemieszczania się. Wędrowali więc, żyli w namiotach, a ich dom był tam, gdzie się aktualnie zatrzymali. Na pewno więc docierali w okolicę, z którą dziś ich kojarzymy (czyli południowa Jordania). Przez długi czas byli jednak jedynie gośćmi innego starożytnego ludu - Edomitów, pierwotnie zasiedlających te tereny.

Sytuacja zmieniła się po 586 roku p.n.e. W tym to roku Żydzi z Jerozolimy i okolic zbuntowali się przeciw panowaniu babilońskiego króla Nabuchodonozora II. Ten w odwecie wtargnął do miasta i zniszczył Świątynię Jerozolimską (tę od przechowywania Arki Przymierza). Około 4600 Żydów zostało też przesiedlonych na tereny Babilonii. Rozpoczęła się tak zwana niewola babilońska, choć nie była to niewola w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Ale nie to jest istotne dla tej historii. Istotne jest to, że nagle wyludniły się bogate i żyzne tereny Judy.

Skorzystali z tego Edomici, którzy zaczęli masowo przenosić się na zachodnią stronę Morza Martwego, porzucając pustynne i górzyste tereny zamieszkiwane dotychczas. Ich miejsce zajęli Nabatejczycy.

To wtedy pojawili się na kartach historii i dość szybko stali się jednym z największych graczy w regionie. Takim, z którym musiała się liczyć zarówno starożytna Grecja, jak i Cesarstwo Rzymskie.

Bo Nabatejczycy znali się na handlu. Dodatkowo, z racji bycia nomadami i dużego sprytu, umieli w karawaning.

Początkowo działali na tzw. szlakach kadzidlanych. Biegły one z południa Półwyspu Arabskiego ku wybrzeżom Morza Śródziemnego z miastami docelowymi Gazą i Damaszkiem. Szlakami tymi transportowano wonności produkowane z żywicy kadzidłowców.

Odnosili sukcesy, bo przewozili towary szybciej i skuteczniej od innych. Lata wędrówek i przekazywana z pokolenia na pokolenie wiedza sprawiały, że doskonale znali szlaki. Było to istotne, bo podróżowanie wśród nierzadko wrogich plemion rodziło szereg niebezpieczeństw. Bezpośredni atak to jedno, ale dużo powszechniejszym problemem był dostęp do wody. Nawet przyjazne plemiona rzadko kiedy dzieliły się nią za darmo.

Dlatego Nabatejczycy nauczyli się gromadzić deszczówkę w wykutych w skale cysternach. Na te dobrze ukryte obiekty potrafili trafić tylko członkowie plemienia. Pomagały w tym specjalne, znane tylko wtajemniczonym znaki.

Zamieszkanie w okolicach Morza Martwego dało temu ludowi nowe możliwości bogacenia się. Oprócz kierunku południe - północ zaczęli obsługiwać handel wschodu z zachodem.

Poszerzyli też asortyment towarów, którymi handlowali. W obszarze ich zainteresowań leżało wszystko, co mogło przynieść zysk - przyprawy, cukier (trzcinowy), oliwa, złoto, srebro, żelazo, miedź, perfumy, jedwab, bawełna, azbest(!), a także zwierzęta. Dzięki Nabatejczykom następował też transfer wynalazków i idei.

Jest bardzo prawdopodobne, że z czasem zyskali monopol na większość towarów. Mogli więc podnosić ceny, co nie podobało się ich odbiorcom w Grecji, Rzymie czy Egipcie. To, oraz wizja zdobycia legendarnych nabatejskich bogactw sprawiały, że podejmowali oni próby podbicia królestwa. Do końca pierwszego wieku naszej ery - bezskutecznie.

Nabatejczycy zazwyczaj nie wdawali się w walkę. Mimo to, z konfliktów wychodzili obronną ręką. Co dobrze świadczy o ich dyplomacji i umiejętności adaptowania się do nowych sytuacji.

Kres królestwa nastąpił w 106 roku n.e. Zaanektowało je Cesarstwo Rzymskie i zamieniło w jedną ze swoich prowincji - Arabię.

W historycznych dokumentach brak jest wzmianek o walkach związanych z tą aneksją. Rodzi to przypuszczenie, że był to proces pokojowy. A znając Nabatejczyków, wynegocjowali dobre warunki przyłączenia.

Teoretycznie więc, wiele się nie zmieniło. A życie w Imperium miało swoje plusy. Więc jeszcze przez długi czas Nabatejczycy mogli się swobodnie bogacić i żyć bez większych trosk. Do czasu.

Zaczęły się zmieniać szlaki handlowe. Karawany coraz częściej wybierały syryjską Palmirę, przez co nabatejskie miasta traciły na znaczeniu. Sporym ciosem dla Nabatejczyków było też poważne zniszczenie Petry w wyniku trzęsienia ziemi w 363 roku.

Dlatego bogaci nabatejscy kupcy, by móc dalej zarabiać pieniądze, zaczęli opuszczać rodzimą ziemię i osiedlać się w innych miastach imperium - Aleksandrii, Neapolu czy Rzymie. Z czasem zasymilowali się z miejscowymi.

Zdaje się, że zwykli Nabatejczycy - pasterze, rzemieślnicy - pozbawiani króla i elit zaczęli zatracać własną tożsamość i poczucie przynależności do czegoś, co dziś zwiemy narodem. Na pewno nie bez znaczenia było też pojawienie się islamu w VII wieku. Dzieła dopełnił czas. Dziś trudno mówić o jakiejś społeczności, że są potomkami twórców Petry.

* * *

O Nabatejczykach wiemy niewiele, a źródłem wiedzy są w większości przekazy i pisma innych ludów. Jest to o tyle dziwne, że umiejętność pisania była wśród Nabatejczyków powszechna. Świadczą o tym liczne inskrypcje pozostawiane przez pielgrzymujących do Petry. Napisy znajdowano nawet w miejscach, gdzie mieszkali pasterze.

A mimo to, nie odkryto dotychczas dłuższych nabatejskich tekstów. Takich, które sławiłyby ich triumfy i wyczyny - praktyka powszechna wśród innych starożytnych ludów. Wygląda na to, że Nabatejczycy reglamentowali wiedzę o sobie,być może chodziło o ukrycie źródeł ich bogactw. Ja jednak chcę wierzyć, że stworzone przez ten lud pisma dopiero czekają na odkrycie.

Petra

Centrum Informacji Turystycznej, gdzie znajduje się główne wejście na szlak, znajdowało się niecałe 3 kilometry od naszego hostelu. Chwila moment i już byliśmy na miejscu. Po drodze próbowaliśmy wypatrzeć jakiś sklep z pieczywem, ale bezskutecznie.

Niedaleko wejścia jest kilka darmowych parkingów. O godzinie 7:15 nie było jeszcze większego problemu ze znalezieniem miejsca do zaparkowania. Dało się natomiast zauważyć, że z każdą chwilą sytuacja będzie się pogarszać.

Warto było przyjechać tak wcześnie także dlatego, że praktycznie nie czekaliśmy w kolejce do sprawdzenia biletów (kupionych wcześniej w Internecie). Było trochę ludzi, w tym pierwsze zorganizowane grupy, ale generalnie bez tłoku.

W Centrum jest w miarę czysto, a architektura nie wypala oczu. Jest tu kilka sklepików z pamiątkami, jakaś knajpa z szybkim jedzeniem i sklep spożywczy o nazwie „Indiana Jones”. No i koty, dużo kotów.

Kot w Centrum Informacji Turystycznej w Petrze. Wiem, że obcięte, ale to zdjęcie wyszło najlepiej.
Kot w Centrum Informacji Turystycznej w Petrze. Wiem, że obcięte, ale to zdjęcie wyszło najlepiej.

W Centrum spędziliśmy jakieś 15 minut. Nie pamiętam już, czemu tak długo. Podejrzewam natomiast, że dziewczyn szukały czegoś do zjedzenia. W końcu jednak udało się wyruszyć w stronę Petry. I to chyba dobry moment, by przybliżyć historię tego miejsca.

Krótka historia Petry

Petra była stolicą królestwa Nabatejczyków. Jego najlepszą wizytówką. I to zarówno w okresie największego rozkwitu, około 2 tysięcy lat temu, jak i dziś.

A zaczęło się skromnie. Początkowo funkcjonował tu jedynie sezonowy obóz dla nabatejskich handlarzy i hodowców bydła. Z czasem, w III wieku p.n.e., powstała stała osada. Szybko się rozwijała, bo znajdowała się na przecięciu ważnych szlaków handlowych.

Ale pieniądze to nie wszystko. Petra pełniła także istotną funkcję religijną. Była jednym z głównych nabatejskich miast, gdzie chowano zmarłych, a także miejscem odbywających się dwa razy w roku pielgrzymek i festiwali.

Okres świetności i największego rozwoju miasta przypadł na panowanie króla Aretasa IV (9 r. p.n.e.-40 r. n.e.) i jego dwóch następców. To wtedy Nabatejczycy stworzyli większość wykutych w skale grobowców fasadowych łącznie z tymi, które dziś są jej symbolem. Wtedy też powstały liczne budowle wolnostojące - świątynie i budynki użyteczności publicznej. Kamienne, nierzadko monumentalne i bogato zdobione.

A wszystko to stworzył lud nomadów. Lud, który przez wieki funkcjonowania nie uznawał trwałych domów ani własności ziemi z lęku przed zniewoleniem.

W czasach Cesarstwa Rzymskiego i wczesnego Bizancjum Petra tętniła życiem. Są historyczne zapiski mówiące o dużym tłoku panującym na ulicach. Co się więc stało, że Petra w pewnym momencie zniknęła z kart historii?

Proces zaniku miasta był długotrwały i przyczyniło się do niego wiele czynników - zmiana przebiegu szlaków handlowych, co spowodowało ucieczkę bogatych elit, rozprzestrzenienie się islamu czy niszczące trzęsienia ziemi.

Miasto zyskało ponownie na znaczeniu w średniowieczu, w okresie krucjat. Krzyżowcy zbudowali tu dwie cytadele strzegące szlaku do Egiptu. Uległy one jednak pod naporem armii Saladyna - władcy, który wyrzucił europejskie rycerstwo z tego rejonu świata. Przy okazji oberwała sama Petra. I po tym ciosie już się nie podniosła. Czas i centymetry nanoszonego piasku sprawiły, że Petra zniknęła z ludzkiej świadomości. Do czasu.

Została odkryta w 1812 roku przez szwajcarskiego geografa i uczonego Johannesa L. Burckhardta. Podróżował jako Ibrahim bin Abdallah, w przebraniu muzułmańskiego pielgrzyma. Tylko dzięki temu miejscowi Beduini pozwolili mu zobaczyć zapomniane miasto.

Burckhardt sporządził opisy i rysunki, które przykuły uwagę uczonych i poszukiwaczy przygód. Wkrótce do Petry zaczęło docierać coraz więcej Europejczyków.

Przed nami pierwszy etap trasy. Niecały kilometr szlaku, który doprowadzi nas do wejścia do wąwozu Siq.

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy po opuszczeniu Centrum Informacji Turystycznej, są stajnie dla koni i osiołków wożących turystów.

Stajnie nieopodal Centrum Informacji Turystycznej w Wadi Musa.
Stajnie nieopodal Centrum Informacji Turystycznej w Wadi Musa.

Wierzchem można jeździć zarówno na osiołkach, jak i koniach, natomiast ryksze ciągną tylko konie. Na szlaku, którym właśnie idziemy, dla ruchu "zwierzęcego" wydzielono nawet osobny pas ruchu.

Jak nietrudno się domyślić, zwierzęta nie mają tu łatwego życia. Upał, górzysty teren i przewoźnicy wyrabiający targety. Mam nawet nagrany filmik, który obrazuje los biednego osiołka - pojawi się w dalszej części tej relacji.

Co ciekawe, na koniu można się przejechać w cenie biletu. Przy czym dowiedziałem się o tym dopiero po powrocie do Polski. Chodzi o odcinek trasy, na którym aktualnie koncentruje się moja narracja, czyli Centrum - wejście do Siq.

Pomijając stosunek do zwierząt, opcja ta jest odradzana (przez blogerów, u których o tym czytałem) jeszcze z innego powodu. Podobno Beduini, którzy prowadzą zwierzęta, przez całą trasę nawijają makaron na uszy próbując uzyskać dobrowolną darowiznę na tzw. chorą córkę. Zdarzają się też obcesowe próby uzyskania napiwku czy naciągania na dłuższy kurs bez wcześniejszego ustalenia ceny. Czy to prawda - nie wiem.

Tak czy inaczej, ja polecam spacer. Bo można w jego trakcie kupić, przykładowo, komplet pocztówek o nienachalnej urodzie i to po okazyjnej cenie jednego dinara (czyli za równowartość dolara).

Sprzedawcę, na oko 5-letniego smyka, spotkaliśmy już kilka minut po wyruszeniu. Paweł wyśmiał mój zakup i stwierdził, że zostałem wzięty na litość i naciągnięty. Hmm, a może to było 5 dinarów? No nieważne.

Tymczasem na dość nieciekawym dotychczas szlaku zaczęło się coś dziać. Pojawiły się pierwsze grobowce.

Djinn Blocks - wejścia do środka są niewidoczne na pierwszy rzut oka. Na zdjęciu widać pas drogi przeznaczony dla zwierząt, a za nim wyschnięte koryto rzeki.
Djinn Blocks - wejścia do środka są niewidoczne na pierwszy rzut oka. Na zdjęciu widać pas drogi przeznaczony dla zwierząt, a za nim wyschnięte koryto rzeki.

Djinn Blocks

Beduini wierzyli, że te "kostki" zamieszkiwały dżiny, stąd nazwa. Tak naprawdę chowano w nich biedniejszych mieszkańców nabatejskiej stolicy. Na tle innych grobowców Petry są dość nietypowe, bo wolnostojące. Może dlatego, że powstały dość wcześnie - w II a może nawet III wieku p.n.e.

Idziemy dalej, i już po chwili napotykamy kolejny grobowiec. Tym razem coś o wiele bardziej imponującego.

Obelisk Tomb & Bab As Siq Triclinium
Obelisk Tomb & Bab As Siq Triclinium

Obelisk Tomb & Bab As Siq Triclinium

To tak naprawdę dwa niezależne grobowce. Służyły temu samemu celowi, powstały w podobnym okresie (I w. n.e.) ale należały do różnych rodzin. To trochę jak sąsiedzi, którzy budują na swoich działkach domy stykające się jedną ścianą.

Obelisk Tomb to górny grobowiec. Cztery filary,wbrew nazwie, nie są obeliskami. Te w starożytności pełniły inną funkcję – były uosobieniem tudzież mieszkaniem boga, na przykład w Egipcie boga Słońca Ra. Te w omawianej budowli reprezentują prawdopodobnie cztery osoby pochowane w bocznych mogiłach. Pomiędzy dwoma środkowymi filarami jest z kolei rozmazana erozją płaskorzeźba z postacią w długiej szacie. To głowa rodu pochowana w głównej mogile grobowca.

Bab As Siq Triclinium to dolna budowla. Słowem triclinium (triklinium) nazywano w starożytności jadalnie z trzema ławami lub sofami, na których leżeli posilający się goście. Takie wykute w skale ławy można znaleźć w tym grobowcu. Było to bowiem miejsce, gdzie żywi organizowali rytualne bankiety ku czci zmarłych. Rzecz typowa dla nabatejskiej kultury, o czym napiszę nieco później.

Idziemy dalej i po kilku minutach osiągamy pierwszy cel naszej wędrówki - wejście do wąwozu Siq.

Obok wejścia do Siq znajduje się sklepik z pamiątkami.
Obok wejścia do Siq znajduje się sklepik z pamiątkami.
Na zdjęciu widać pozostałości ozdobnego łuku, który witał niegdyś podróżnych zmierzających do Petry. Runął w 1896 roku.
Na zdjęciu widać pozostałości ozdobnego łuku, który witał niegdyś podróżnych zmierzających do Petry. Runął w 1896 roku.

Siq

Siq to wijący się niczym wąż, ponad kilometrowej długości wąwóz będący główną drogą do Petry.

Niesamowitym przeżyciem jest wędrówka pomiędzy wysokimi na nawet 70 metrów skalnymi ścianami, pełnymi frapujących kształtów, kolorów i faktur. Ale to, co można spotkać w wąwozie, to także świadectwo osiągnięć technicznych Nabatejczyków i w pewnym zakresie, także ich wierzeń.

Ale po kolei.

Siq powstał w wyniku pęknięcia masywu górskiego spowodowanego ruchami tektonicznymi. Dzieła dopełniła woda, płynąca zarówno dnem wąwozu, jak i spływająca po jego ścianach. W wielu miejscach skały są wygładzone, a ich prążkowana faktura sprawia, że przypominają nieco słynny Kanion Antylopy w Arizonie.

W najwęższych miejscach szerokość wąwozu wynosi zaledwie 3 metry.
W najwęższych miejscach szerokość wąwozu wynosi zaledwie 3 metry.

Siq, tak jak i cała Petra, jest zbudowany z piaskowca. Skała ta potrafi przybierać różne kolory sama w sobie, a na końcowy efekt wpływa też oświetlenie. Inaczej to wygląda w pochmurny dzień, inaczej w pełnym słońcu lub o jego zachodzie. Nic dziwnego, że Nabatejczycy nazywali swoje miasto Rqm (Rakmu), co oznacza „wielobarwna”. Dzisiejsza nazwa pochodzi z greki i oznacza skałę. Przypomnijcie sobie cytat z Biblii:

Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą (Mt 16,18).

W Biblii miasto występowało pod jeszcze inną nazwą - Sela. Choć są pewne wątpliwości, czy faktycznie chodzi tu o Petrę.

W wielu miejscach skały wyglądają tak, że trudno stwierdzić, czy otwory i zagłębienia są dziełem natury, czy Nabatejczyków.
W wielu miejscach skały wyglądają tak, że trudno stwierdzić, czy otwory i zagłębienia są dziełem natury, czy Nabatejczyków.

Tym, co mnie w Siq zainteresowało najbardziej, były pozostałości systemu wodociągowego zbudowanego przez Nabatejczyków. Mają one postać kanałów wykutych w ścianach wąwozu.

Pozowanie do zdjęć poziom master. W tle kanał południowy.
Pozowanie do zdjęć poziom master. W tle kanał południowy.

Kanały te, to tylko jeden z elementów rozbudowanego systemu wodociągowo-retencyjnego. Nieco więcej o nim poniżej.

Największe osiągnięcie Nabatejczyków

Kanał biegnący wzdłuż południowej ściany Siq miał niewielkie nachylenie, więc woda płynęła pod wpływem grawitacji. Natomiast w kanale północnym (zachowały się tylko jego fragmenty) umieszczone były ceramiczne rury, więc woda mogła płynąć pod ciśnieniem.

Południowy kanał w Siq
Południowy kanał w Siq

Wodociągi te były podobno zasilane bezpośrednio przez źródło Ain Musa. Piszę z pewną dozą wątpliwości, bo źródło to znajduje się aż 4 kilometry od wejścia do Siq. Z drugiej strony, informacja ta pochodzi nie z Internetu, ale z papierowej książki, a to dodaje wiarygodności każdej informacji ;-).

Wspomniane źródło zasila też okresowy strumień płynący doliną Wadi Musa. Dnem tej doliny, wzdłuż wyschniętego zazwyczaj koryta, biegnie szlak z Centrum Informacji Turystycznej do Siq. Koryto widać na jednym z poprzednich zdjęć.

* * *

Ciekawostka, Wadi Musa i Ain Musa to po polsku Dolina Mojżesza i Źródło Mojżesza. Źródło, to według legendy, miejsce opisane w Starym Testamencie w Księdze Liczb (cytat z Biblii Tysiąclecia):

Następnie zebrał Mojżesz wraz z Aaronem zgromadzenie przed skałą i wtedy rzekł do nich: «Słuchajcie, wy buntownicy! Czy potrafimy z tej skały wyprowadzić dla was wodę?» Następnie podniósł Mojżesz rękę i uderzył dwa razy laską w skałę. Wtedy wypłynęła woda tak obficie, że mógł się napić zarówno lud, jak i jego bydło.

Przy okazji, grób Aarona znajduje się na jednym ze wzgórz niedaleko Petry.

* * *

Ale wróćmy do wodociągów. Oprócz tych w Siq, istniały też w Petrze inne, w których również "rury" były często dublowane.

Jednak samo dostarczanie wody to nie wszytko. Nabatejczycy musieli się zabezpieczyć na wypadek suszy. Dlatego powstało wiele wykutych w skale cystern, które gromadziły nadwyżki wody. O tym, że ten system był niesamowicie efektywny, świadczy liczba mieszkańców Petry, których obsługiwał. W szczytowym momencie mogło to być nawet 30 tys. ludzi.

A woda służyła nie tylko do celów domowych. Była też używana chociażby do... podlewania ogródków. Informacja ta jest zawarta w opisie miasta, który stworzył grecki geograf Strabon (63 r. p.n.e – 24 r. n.e.). Odwiedził on Petrę i był pod jej wielkim wrażeniem.

Kuriozalnie, raz na jakiś czas, mieszkańcy Petry musieli się mierzyć z nadmiarem wody.

Okolica, pustynna i górzysta, sprzyjała tworzeniu się tzw. powodzi błyskawicznych. Deszcz, który padał na terenie doliny Wadi Musa, szybko spływał po skalistym gruncie na jej dno i ogromną falą wpływał do Siq.

Jedna z takich powodzi, gdzieś w I wieku p.n.e., poczyniła poważne zniszczenia w wąwozie i prawdopodobnie uszkodziła kilka budynków w samej Petrze. Nabatejczycy postanowili coś z tym zrobić.

Dlatego na początku Siq zbudowali tamę o wysokości około 13 metrów. Ponadto, żeby woda miała gdzie odpłynąć, przekopali 90 metrowy tunel do jednego z wąwozów na północ od tamy. Woda z powodzi przepływała w ten sposób przez masyw Jabal al-Khubatha i spokojnie spływała do pierwotnego koryta, ale już w Dolinie Centralnej (o której będę pisał dalej).

Dziś nabatejskiej tamy już nie widać. Na jej zniszczonych przez czas i naturę resztkach, w 1963 roku zbudowano nową konstrukcję. Tunel niedaleko wejścia do Siq istnieje natomiast do dziś i po oczyszczeniu, które miało miejsce w 2000 roku, można go zwiedzać. Choć ze względu na niebezpieczeństwo zalania, tylko z przewodnikiem.

Bo problem powodzi błyskawicznych na terenie Petry istnieje do dziś i nie da się przed nim do końca zabezpieczyć. Na przykład zdarzenie, które miało miejsc w listopadzie 2018 roku, pochłonęło życie 11 osób.

Kolejny problem, z którym musieli się zmierzyć nabatejscy inżynierowie, to kwestia wlewania się wody do Siq z bocznych dolin. Aby zminimalizować to zjawisko, w pięciu największych zbudowano serię tam wraz ze ścieżkami do ich serwisowania. Tamy można spotkać w Siq także dziś, ale są to konstrukcje współczesne.

Jedna ze współczesnych tam w wąwozie Siq.
Jedna ze współczesnych tam w wąwozie Siq.

Z atrakcji, które można spotkać w Siq, warto jeszcze wspomnieć o betylach.

Były to prostokątne, pionowo ustawiane kamienne płyty symbolizujące jakieś bóstwo. W tym przypadku, najważniejszego boga Nabatejczyków - Duszara.

Betyle były zazwyczaj umieszczane w płytkich niszach. Czasem wykuwano je bezpośrednio w skale, ale istniały też betyle przenośne.

W ścianach Siq jest około 70-80 nisz. Część posiada betyle, część nie. Niestety trochę olałem temat w czasie zwiedzania i nie mam satysfakcjonującej dokumentacji fotograficznej. Na moje usprawiedliwienie mogę tylko napisać, że betyle pojawiły się pod koniec Siq. A my byliśmy już wtedy myślami przy grande finale naszej wędrówki.

Od jakiegoś bowiem czasu dało się słyszeć dobiegające z przodu głośne okrzyki wyrażające niepisany zachwyt przeplatany ze zdumieniem. Naturalne więc było, że przyśpieszaliśmy kroku.

Przechodząc obok zorganizowanej grupy, usłyszałem jak przewodnik instruował podopiecznych, że po minięciu najbliższego zakrętu, zgodnie z tradycją, należy wydać okrzyk zachwytu. Acha, pomyślałem, czyli te okrzyki to tylko inscenizacja...

Chwilę później minęliśmy zakręt, a naszym oczom ukazał się ON.

Al-Khazneh

Mimo że wiedziałem, czego się spodziewać, Al-Khazneh pojawił się tak nagle i tak zdominował widok, że aż przystanąłem. A z moich ust chyba nawet wyrwało się umiarkowanie głośne WOW.

Wyszliśmy na dziedziniec, gdzie mogliśmy z bliska przyjrzeć się budowli.

Al-Khazneh
Al-Khazneh

To, co na mnie zrobiło największe wrażenie, to liczba i szczegółowość zdobień. Grobowce fasadowe były tworzone poprzez wykuwanie ich w skale - zazwyczaj zaczynając od góry. Margines błędu przy pracy był więc stosunkowo niewielki. A tu, wszystko bardzo powtarzalne. Spójrzcie chociażby na głowice kolumn.

Gdy się tak nad tym wszystkim zastanowić, grobowce fasadowe można traktować jak gigantyczne rzeźby z funkcją użytkową.

Moja druga refleksja związana z tym grobowcem przyszła mi do głowy w drodze powrotnej, gdy już zobaczyłem pozostałe grobowce. Al-Khazneh jest na ich tle bardzo dobrze zachowany (jak na 2 tys. lat istnienia). To zasługa lokalizacji w zacisznym wąwozie, który w pewnym stopniu osłaniał od wiatru i deszczu.

Trochę szkód spowodowała woda z powodzi wdzierająca się do Siq, gdy tama stworzona przez Nabatejczyków uległa zniszczeniu. Żywioł przewrócił m.in. kolumnę na lewo od wejścia. Odbudowano ją na początku lat sześćdziesiątych XX w. Wtedy też przeprowadzono mały remont pozostałych kolumn.

Rzeźby przedstawiające ludzi i zwierzęta wyglądają z kolei na uszkodzone przez wyznawców ikonoklazmu - i to dość wcześnie, bo już w drugiej połowie I wieku n.e.

A jeśli już jesteśmy przy uszkodzeniach, pozostaje kwestia Beduinów. Strzelali oni namiętnie do urny, czyli owalnego zwieńczenia budowli. A że broń posiadali niezbyt celną, to ślady po kulach widać w wielu miejscach.

W strzelaninach najbardziej ucierpiała rzeźba (podobno) bogini Izydy.
W strzelaninach najbardziej ucierpiała rzeźba (podobno) bogini Izydy.

Dlaczego strzelali, pytacie? Spieszę z wyjaśnieniem w kolejnej naukowo-historycznej sekcji tej relacji.

Skarbiec Faraona

Pełna arabska nazwa brzmi Khazneh al-Fira'un czyli Skarbiec Faraona. Pochodzi ona od wierzeń miejscowych Beduinów, przekonanych, że urna na szczycie budowli zawiera skarb schowany przez faraona. I wystarczy ją rozbić, by z góry posypały się złoto i szlachetne kamienie. To tłumaczy uszkodzenia spowodowane kulami.

Oczywiście żadnego skarbu nie było. Z takiego choćby prostego powodu, że ostatni egipski faraon zmarł trzy wieki przed powstaniem budowli. A to miało miejsce na początku I wieku naszej ery.

Czym więc Skarbiec jest?

Wbrew temu, co można zobaczyć w filmie Indiana Jones i ostatnia krucjata, na pewno nie jest miejscem przechowywania Świętego Graala.

Nie jest też raczej standardowym, spotykanym powszechnie w Petrze grobowcem. Nie znaleziono tu krypt grobowych ani inskrypcji wskazujących na takie przeznaczenie.

Naukowcy najbardziej skłaniają się ku teorii, że było to mauzoleum. Nie wiadomo, na czyją cześć, ale musiał to być ktoś znaczny - król lub królowa Nabatejczyków. Do miejsca licznie pielgrzymowano, o czym świadczą liczne ślady po palonym kadzidle.

Mnie najbardziej podoba się teoria, że Al-Khazneh był biblioteką. Nie ma na to zbyt mocnych dowodów, ale sama myśl jest ciekawa. Nabatejczycy, jako ci aspirujący, mogli chcieć pokazać reszcie świata - głównie Grekom i Rzymianom, że nie są zwykłymi "dzikusami" z pustyni. Biblioteka w tak eksponowanym miejscu, pierwsza budowla, którą widzieli przyjeżdżający, nadawała się do tego idealnie. Tym bardziej, że kiedyś robiła nawet większe wrażenie niż dziś.

Gdy Skarbiec powstawał, poziom gruntu znajdował się około 6 metrów niżej niż obecnie, a do wejścia prowadziły szerokie schody. Dziedziniec był prawdopodobnie brukowany i posiadał zbiornik wodny z fontanną. Ponadto, podobnie jak większość budowli w Petrze, grobowiec był pokryty jasnym tynkiem i pomalowany na kolor.

Stan dzisiejszy dziedzińca to efekt nanoszenia gruzu przez kolejne powodzie. Podniosły one poziom terenu zarówno przed budowlą, jak i w Siq.

Wróćmy na dziedziniec, gdzie mimo wczesnej godziny, było już sporo ludzi. Jako nowo przybyli, w mig zostaliśmy wypatrzeni przez podrostków, którzy mieli nam coś do zaoferowania. Było to zaprowadzenie do punktu widokowego, gdzie Skarbiec można podziwiać z pewnej wysokości. Wędrówka miała trwać zaledwie kilka minut, a usługa kosztować 10 dinarów.

Jako że istnieje trasa za darmo i z lepszym widokiem (choć zdecydowanie dłuższa), nie skorzystaliśmy. Ruszyliśmy w dalszą drogę.

Osiołek szukający chwili spokoju.
Osiołek szukający chwili spokoju.

Ulica Fasad

Za Skarbcem wąwóz ponownie się zwęża, by po około 200 metrach ponownie się rozszerzyć. Na jego ścianach wykuto w tym miejscu sporo grobowców. Są stosunkowo wąskie, wysokie i umieszczone jeden obok drugiego. Budzi to skojarzenie z ulicą zabudowaną kamienicami, stąd nazwa miejsca.

Grobowce te są zazwyczaj dość proste. Nie posiadają zbyt wielu zdobień, a ich krawędzie zatarł wiatr i deszcz. Zdecydowanie ciekawsze w tym miejscu są zwierzęta.

Osiołek i ja
Osiołek i ja

Na "ulicy" odbywa się też regularny handel.

Stragany na Ulicy Fasad w Petrze.
Stragany na Ulicy Fasad w Petrze.

Od wyruszenia w drogę minęła już ponad godzina. Uznaliśmy więc, że to dobry moment na chwilę odpoczynku i posiłek. Korzystając z okazji, kupiłem w tutejszej kawiarni kawę. Obsługa to Beduini. I dziwna sytuacja - nie mogę zapłacić u osoby, u której składałem zamówienie, i która wydała mi napój. Do zbierania gotówki jest oddzielna osoba.

Po kilkunastu minutach ruszamy dalej i wkrótce docieramy do amfiteatru.

Zdjęcie z góry, żeby było widać całą budowlę.
Zdjęcie z góry, żeby było widać całą budowlę.

Amfiteatr w Petrze

Podobnie jak grobowce, został wykuty w zboczu góry. Mógł pomieścić 8 tys. widzów. Przypominał w kształcie rzymskie teatry, ale był konstrukcją typowo nabatejską. Nawet w takim miejscu pamiętano o systemie odprowadzania wody.

Oprócz funkcji teatru, robił też za miejsce, gdzie można było posłuchać poezji, orkiestry, był miejscem spotkań publicznych, a nawet zawodów sportowych. Podejrzewa się, że wykorzystywano go jako miejsce odprawiania rytuałów religijnych.

Co jednak najciekawsze, był zlokalizowany na skraju nekropoli. Gdyby lokatorzy okolicznych grobów żyli, mieliby świetny widok na scenę. Nabatejczycy najwyraźniej nie mieli problemu z łączeniem dostojeństwa i ciszy świata umarłych z radością świata żywych. Groby były też traktowane inaczej niż w naszej kulturze.

Za czasów rzymskich teatr był bowiem powiększany, a stało się to kosztem grobowców w jego sąsiedztwie. Zerknijcie na zdjęcie powyżej. Ściana za widownią, ta wyglądająca jak wykrojona nożem, zawiera duże "jamy". Są to pozostałości grobowców.

Jest to chyba dobry moment w tej relacji, by napisać nieco więcej o nabatejskich grobach i wszystkim tym, co się z nimi wiąże.

Miasto grobowców

W tym przydomku nie ma krzty przesady. W Petrze grobowców jest ponad tysiąc. Zdecydowana większość z nich to grobowce fasadowe, czyli wykute w skale, z jedną ścianą czyli właśnie fasadą. Można je spotkać także w innych miejscach (np. Meda'in Saleh w Arabii Saudyjskiej), ale nie taką liczbę i nie tak spektakularne.

Budowa grobowców polegała tak naprawdę na rzeźbieniu. Materiałem był dość łatwy w obróbce piaskowiec. "Budowano" od góry do dołu. Co ciekawe, ze znalezionych na grobowcach inskrypcji wiadomo, że prace fizyczne wykonywali sami Nabatejczycy, a nie niewolnicy czy "zagraniczni" robotnicy.

Mimo że grobowce Petry są miksem stylu greckiego i rzymskiego, mają też cechy spotykane tylko w nabatejskiej architekturze.

Lokatorzy

Dzięki znalezionym na ich ścianach inskrypcjom mamy też pewność, że budowle te to faktycznie grobowce, a nie na przykład magazyny. Znalezione teksty zawierały wytyczne, kto w danym grobowcu mógł być pochowany. Mogła to być jedna konkretna osoba, członkowie rodziny, a nawet całe plemię.

Ale były i ciekawsze przypadki. I tak, w jednym z grobowców w Petrze mógł być pochowana każdy, kto zdobył pisemną zgodę w stosownym trybie. Z kolei na jednym z grobowców ze starożytnego miasta Hegra znajdował się napis, który po wymienieniu kliku członków rodziny dodaje: „i dla ich klientów”.

Na grobowce, które znamy z Petry, mogli sobie jednak pozwolić tylko zamożni obywatele. Pozostali musieli się zadowolić zwykłymi cmentarzami. Kilka z nich znajdowało się niedaleko miasta.

Kwestia kości

Archeolodzy przypuszczają, że Nabatejczycy chowali w grobowcach jedynie kości, a nie całe ciała. Jest ku temu kilka przesłanek. Pierwszą z nich są niewielkie komory grobowe. W większość odnalezionych całe ciało po prostu by się nie zmieściło. A kości jak najbardziej.

Zwyczaj chowania samych kości nie był na Bliskim Wschodzie niczym niezwykłym. Robili tak na przykład Persowie czy pewne grupy Żydów.

Ciekawy, choć nieco makabryczny, był proces przygotowania kości. Zwłoki umieszczano na podwyższeniu - u Persów na przykład były to 8-metrowe Wieże Ciszy. Sępy lub inne żyjątka ogołacały kości z mięsa, a słońce sprawiało, że stawały się suche.

Na skałach okalających Petrę znajdują się położone wysoko niewielkie skalne platformy, do których prowadzą schody. Naukowcy podejrzewają, że platformy te pełniły funkcję ekspozycyjną - umieszczano na nich ciała zmarłych i czekano, aż przyroda zajmie się resztą.

Dla dopełnienia obrazu praktyk pogrzebowych Nabatejczyków należy dodać, że oprócz Petry, były tylko cztery miejsca - miasta, gdzie mogli oni chować swych zmarłych. A gdy jakiś Nabatejczyk zmarł na szlaku, o wiele łatwiej było transportować kości niż całe ciało.

Zmarli i żyjący pod jednym dachem

W kulturze nabatejskiej grobowce były miejscami, gdzie żywi spotykali się ze zmarłymi. Odbywało się wtedy rytualne ucztowanie. Stąd na przykład wewnątrz grobowców spotyka się kamienne ławy (patrz Bab As Siq Triclinium).

Takim bankietom towarzyszyło palenie kadzideł i stosowanie olejków zapachowych. Pozostawiano też wtedy drobne podarunki dla zmarłych – świeczki, ozdoby, zabawki, generalnie rzeczy, które mogły umilić czas. Grobowce traktowane były bowiem jako dom zmarłego.

Nie wiadomo, czy takie wizyty odbywano regularnie, na przykład przy okazji festiwali dwa razy w roku, czy może tylko z okazji samego pochówku. Wiadomo natomiast, że upowszechnienie się chrześcijaństwa spowodowało zanik zwyczaju zbierania kości i spożywania posiłków ku czci zmarłych.

Dolina Centralna

Za amfiteatrem kończy się pasmo górskie i zaczyna w miarę płaski teren - Dolina Centralna. Ma ona w tym miejscu około 700 metrów szerokości i to tu, tak naprawdę, znajdowało się miasto.

Dużo miejsca zajmowały budynki użyteczności publicznej, religijne i te związane z dworem królewskim. Na zwykłe domy pozostawało stosunkowo niewiele miejsca. Tym bardziej, że te, które powstawały, były bardzo duże i przestronne.

Oczywiście, mogli sobie na nie pozwolić tylko bogacze. Zwykli Nabatejczycy, zwłaszcza ci, którzy zatrzymywali się w mieście tylko na jakiś czas, mieszkali w namiotach. Jak nakazywała tradycja.

W nienawiści do murów, tak zostałem wychowany

Niechęć do trwałych siedzib była swoistym credo wielu pokoleń Nabatejczyków. Ówczesny historyk Diodorus (I w. p.n.e.) pisał o tym mniej więcej tak:

Nie mają prawa ani siać kukurydzy, ani sadzić żadnych roślin rodzących owoce, ani używać wina, ani budować domów. Zachowują to prawo, ponieważ sądzą, że ci, którzy posiadają te rzeczy, będą łatwo zmuszani przez możnych do wykonywania ich rozkazów.

Lekka modyfikacja i mógłby to być manifest hipisów. A może i współczesnych ludzi, którzy nie chcą być zniewoleni kredytami hipotecznymi i całą masą rzeczy, które kradną czas i domagają się uwagi. Ale wróćmy do Nabatejczyków.

Trzymali się oni tej zasady dość długo. W samej Petrze archeolodzy nie znaleźli pozostałości domu sprzed 100 roku p.n.e. Dla badaczy tego ludu to problem, bo przedmioty odkryte w miejscu stałych osad potrafią powiedzieć naprawdę dużo o danej społeczności. To w zasadzie podstawa badań archeologicznych. A tak, z wczesnego i środkowego okresu królestwa odnaleziono trochę ceramiki i poczerniałe od ognia kamienie.

W świetle powyższego, pozostałości bardzo dużych domów znalezione w Dolinie Centralnej mogą świadczyć o dość gwałtownej zmianie, jaka dokonała się w świadomości Nabatejczyków. A raczej najbogatszych z nich.

Na stronie nabataea.net - największym źródle informacji o Nabatejczykach - natknąłem się na ciekawą analogię. Mianowicie, ten przeskok z namiotów do pałaców przypomina trochę sytuację, gdy dwa tysiące lat później Arabowie stali się nagle bajecznie bogaci za sprawą ropy naftowej. Coś w tym jest.

Przez dolinę prowadziła główna ulica Petry. Po obu jej stronach znajduje się trochę ruin, ale nie skupialiśmy się na nich zbytnio. Idziemy od razu do największej z nich.

Great Temple czyli Wielka Świątynia. Zgodnie z tutejszą tradycją, nazwa nie oddaje faktycznego przeznaczenia budynku. Nie było to bowiem miejsce kultu religijnego. Badacze podejrzewają, że budynek pełnił funkcję administracyjną, był siedzibą senatu lub rządu. Mógł też być królewską salą przyjęć.

Natomiast pierwszy człon nazwy trafia w samo sedno. "Świątynia" jest ogromna, jej rozmiary są zbliżone do boiska piłkarskiego. Dlatego szkoda, że z tak imponującej budowli zostało niewiele. Posadzka, kilka kolumn, coś na kształt niewielkiego amfiteatru i labirynt korytarzy.

Pokręciliśmy się z Pawłem po tych korytarzach i natrafiliśmy na dwóch, góra 7-letnich, chłopaków. Najpierw spytali, czy mamy coś do pisania. Poruszony takim nietypowym życzeniem przeszukałem nawet plecak, ale nic nie znalazłem. Wtedy poprosili o coś do zjedzenia. Nie pamiętam już, co zaproponowałem, ale nie chcieli.

Dzieci, nawet małe, chodzące samopas, to w Petrze normalne zjawisko. Będąc w wieku przedszkolnym, spokojnie możesz zając się handlem. I na przykład sprzedawać wspominane już w tej relacji pocztówki lub... kamienie.

Takiego sprzedawcę spotkaliśmy niedaleko "Świątyni". Przycupnął przy ulicy, a przed sobą miał rozłożoną całą kolekcję. Tak na moje oko, jego kamienie niewiele się różniły od tych, które można samemu znaleźć w okolicy. Ale pewnie ktoś kupuje takie pamiątki.

Wyszliśmy ze "Świątyni" i przez Bramę do Temenos weszliśmy na teren prawdziwej świątyni, która dla niepoznaki nazywa się Qasr al-Bint czyli Pałac Córki Faraona.

Brama do Temenos - za nią zaczynała się strefa sacrum związana ze świątynią. Tych dwóch kolesi udaje chyba Rzymian.
Brama do Temenos - za nią zaczynała się strefa sacrum związana ze świątynią. Tych dwóch kolesi udaje chyba Rzymian.

Nazwę wymyślili oczywiście Beduini i ma związek z legendą, która jest tak słaba, że nawet nie będę jej przytaczał. W rzeczywistości była to świątynia najważniejszego boga Nabatejczyków - Duszary.

Qasr al-Bint - Pałac Córki Faraona. Najlepiej zachowany, wolnostojący budynek w Petrze.
Qasr al-Bint - Pałac Córki Faraona. Najlepiej zachowany, wolnostojący budynek w Petrze.

Do budynku nie można wchodzić, więc ruszamy w dalszą drogę. Na sam kraniec Petry, do Ad Deir.

Szlak do Ad Deir

Ponownie wchodzimy między góry. Początkowo wąwóz jest szeroki i płaski. W jego ścianach znajduje się sporo wykutych pomieszczeń, a część z nich robi za składziki - mają zamontowane drzwi. Spotkaliśmy też ciekawy garaż.

Po pewnym czasie wąwóz się zwęża, a szlak zaczyna piąć w górę. Nie jest przy tym specjalnie męczący. Tym bardziej, że okazji do postoju i chwili wytchnienia nie brakuje. Trasa jest ciekawa widokowo i sporo się na niej dzieje.

Szlak do Ad Deir
Szlak do Ad Deir

Tuż po minięciu przesmyku na powyższym zdjęciu, usłyszeliśmy jakieś podejrzane odgłosy z tyłu. A to tylko dzielny osiołek zarabia na życie swoich właścicieli. Zwierząt, mniej lub bardziej udomowionych, było na tej trasie więcej.

Pytanie z serii - jak one się tam dostały. To chyba kozy.
Pytanie z serii - jak one się tam dostały. To chyba kozy.
Piesek próbuje wyłudzić od Pawła coś do zjedzenia.
Piesek próbuje wyłudzić od Pawła coś do zjedzenia.
Biere! Proszę zapakować.
Biere! Proszę zapakować.

Utkwiła mi w głowie jedna scena z tego szlaku. Napotkaliśmy ludzi, którzy go zamiatali. Przypuszczam, że głównie ze względu na chodzące tędy osiołki (if you know what I mean).

Mimo, że ewidentnie nie było nic do zamiatania, oni machali miotłami. Robili to w taki sposób, jakby idea zamiatania była im totalnie obca. Po prostu poruszali miotłą to w jedną, to w drugą stronę. Ewidentnie nie widzieli sensu w tym, co robią.

Im bliżej celu, tym więcej straganów.
Im bliżej celu, tym więcej straganów.

Po około 45 minutach od wyruszenia spod Pałacu Córki Faraona docieramy do celu - górującego nad rozległym płaskowyżem Ad Deir.

Ad Deir

To po polsku klasztor. Podobnie jak inne znane budowle Petry, także ta została nazwana przez Beduinów. Ale tu przynajmniej nazwa w pewien sposób koresponduje z faktycznym przeznaczeniem obiektu.

Beduini zasugerowali się krzyżami wykutymi we wnętrzu budowli. Pochodzą one z czasów Bizancjum, gdy obiekt był użytkowany przez chrześcijan jako świątynia. Sama budowla jest dużo starsza, powstała w połowie I wieku naszej ery.

Do czego służyła pierwotnie? Nie był to klasyczny grobowiec, bo nie ma w nim komór grobowych. Nisza po usuniętym betylu oraz płaskie, szerokie ławy sugerują, że mogło to być miejsce rytualnych bankietów. Odbywały się one w hołdzie dla króla Obodasa II, co wywnioskowano z napisu znalezionego nieopodal budowli.

Ad-Deir. Po lewej stronie widać schodki prowadzące na szczyt budowli. Zostały zagrodzone murkiem po tym, jak jeden z turystów spadł po wejściu na urnę.
Ad-Deir. Po lewej stronie widać schodki prowadzące na szczyt budowli. Zostały zagrodzone murkiem po tym, jak jeden z turystów spadł po wejściu na urnę.

Naprzeciwko Ad Deir znajduje się kilka ławek należących do sklepo-kawiarni. Zajęliśmy jedną z nich i posilając się mogliśmy podziwiać imponującą fasadę. A ta jest jedną z największych w Petrze. 47 metrów szerokości i 48 metrów wysokości - to więcej niż typowa działka budowlana.

Ad Deir jest podobny do Al-Khazneh, ale ma inne proporcje i nie jest tak bogato zdobiony. We wnękach były kiedyś rzeźby, ale zaginęły w pomroce dziejów.
Ad Deir jest podobny do Al-Khazneh, ale ma inne proporcje i nie jest tak bogato zdobiony. We wnękach były kiedyś rzeźby, ale zaginęły w pomroce dziejów.

Po posiłku każdy miał czas dla siebie. Kręcąc się po okolicy znalazłem coś na kształt jaskini z oknem na Ad Deir. Miejsce wręcz stworzone do robienia artystycznych zdjęć. I nie tylko ja doszedłem do takiego wniosku.
"Jaskinia" była okupowana przez dwie gwiazdy Instagrama. Dobre kilka minut robiły sobie zdjęcia, doradzając jedna drugiej jak odkręcić głowę czy ułożyć rękę. Tyle zachodu, by to jedno idealne ujęcie trafiło do internetu. Nie sądziłem, że to tak ciężka robota.

Zadanie dla spostrzegawczych, znajdź jedną z dziewczyn na poprzednim zdjęciu.
Zadanie dla spostrzegawczych, znajdź jedną z dziewczyn na poprzednim zdjęciu.

Gdy już sobie poszły, zrobiłem cztery zdjęcia. Niestety żadne nie jest idealne. Żadnego więc nie wstawiam.

* * *

Ze względu na słońce, które w końcu przedarło się przez chmury, pobyt przy Ad Deir był wyjątkowo przyjemny. Spędziliśmy tam dobre 40 minut i pewnie zostalibyśmy dłużej, gdyby nie kolejne czekające na nas grobowce. Wracamy.

Kadr z drogi powrotnej
Kadr z drogi powrotnej

Grobowce Królewskie

Wróciliśmy na początek Doliny Centralnej, gdzie w zboczu masywu al-Khubtha wykute zostały cztery Grobowce Królewskie (Royal Tombs). Badania archeologiczne nie ujawniły, którym królom są poświęcone. Natomiast z tego, co czytałem, istnieją mocne dowody, że faktycznie są „królewskie”.

Zaczynamy od Palace Tomb czyli Grobowca Pałacowego. Nazwany tak został ze względu na imponujący wygląd - obok Ad-Deir (Klasztoru) to największa fasada w Petrze. Niestety, czas jej nie oszczędzał i dziś jest poważnie uszkodzona.

Ten osioł śledził nas podczas zwiedzania wnętrza. O ile dobrze odczytałem jego intencje, żebrał o jedzenie.
Ten osioł śledził nas podczas zwiedzania wnętrza. O ile dobrze odczytałem jego intencje, żebrał o jedzenie.

Był to pierwszy grobowiec, do którego weszliśmy. Jego wnętrze, podobnie jak innych, jest puste i niespecjalnie ciekawe. Jedyne, co zwraca uwagę, to różnokolorowy piaskowiec.

Wnętrze Grobowca Pałacowego
Wnętrze Grobowca Pałacowego

Kolejny jest Corinthian Tomb czyli Grobowiec Koryncki. Nazwa nawiązuje do tzw. porządku korynckiego – jednego ze stylów architektonicznych w starożytnej Grecji. W 1826 roku archeolog Leon de Laborde odwiedził Petrę i w głowicach kolumn grobowca odnalazł elementy tego stylu. Nie jest to ścisłe zastosowanie greckich wzorców, raczej ich nabatejska adaptacja.

Grobowiec Koryncki - w oczy rzuca się podobieństwo do Al-Khazneh.
Grobowiec Koryncki - w oczy rzuca się podobieństwo do Al-Khazneh.

Muszę stwierdzić, że pan Leon miał niesamowicie dużo szczęścia. Bo mnie ten grobowiec przypomina rzeźbę z czekolady pozostawioną na słońcu. Fasada jest zwietrzała i zniszczona. Na tym tle głowice kolumn są zaskakująco wyraźne.

Silk Tomb czyli Grobowiec Jedwabny tylko mijamy. Ze względu na pogodę, nie zobaczyliśmy na jego fasadzie opalizujących (podobno) kolorów. To im zawdzięcza swoją nazwę.

Grobowiec Jedwabny
Grobowiec Jedwabny

Najciekawszy z Grobowców Królewskich to bez wątpienia Urn Tomb czyli Grobowiec Urny. Jest położony wyżej niż pozostała trójka i prowadzą do niego charakterystyczne schody (zbudowane wcześniej niż sam grobowiec).

Górna część fasady jest mocno zwietrzała, ale zachowała się urna, od której grobowiec wziął swoją nazwę.

Grobowiec Urny. Trzy kolumny od strony fasady zostały wykute w skale, dwie z przodu zbudowane.
Grobowiec Urny. Trzy kolumny od strony fasady zostały wykute w skale, dwie z przodu zbudowane.
Grobowiec Urny. Trzy otwory wysoko między kolumnami to nisze grobowe. Rzeźba wypełniająca środkową niszę przedstawia podobno popiersie dostojnika ubranego w tunikę - uczeni uważają, że to król Malichus II.
Grobowiec Urny. Trzy otwory wysoko między kolumnami to nisze grobowe. Rzeźba wypełniająca środkową niszę przedstawia podobno popiersie dostojnika ubranego w tunikę - uczeni uważają, że to król Malichus II.

Przed grobowcem znajduje się spory taras, osłonięty po bokach skalnymi ścianami. Roztacza się z niego rozległy widok na Dolinę Centralną. Jest też idealnym miejscem do prowadzenia handlu.

Po skończeniu zwiedzania musieliśmy podjąć decyzję, co dalej. Czy wracamy już do samochodu, czy ruszamy do punktu widokowego, z którego można oglądać Al-Khazneh "z góry". Prawie 3 kilometry w tę i z powrotem oraz wiszące nisko chmury nie zachęcały. Ciekawość jednak zwyciężyła.

Znowu na szlaku

Wyruszyliśmy i już niedługo zaczęły się schody. Dosłownie. Ciągną się, o ile nie pomyliłem się w obliczeniach, przez początkowe pół kilometra szlaku. Zostały wykute przez Nabatejczyków i prawdopodobnie przechodziły nimi rytualne procesje. Być może do tzw. Wysokich Miejsc, gdzie na pastwę przyrody pozostawiano ciała zmarłych (patrz Kwestia kości).

Schody wykute przez Nabatejczyków zostały w wielu miejscach rozmyte przez wodę. Dlatego długimi fragmentami idzie się po wygodnych, współczesnych stopniach.
Schody wykute przez Nabatejczyków zostały w wielu miejscach rozmyte przez wodę. Dlatego długimi fragmentami idzie się po wygodnych, współczesnych stopniach.

Wtem!

Dopiero teraz, patrząc na powyższe zdjęcie, zadałem sobie pytanie - gdzie i po co pędzono te kozy? Był to kierunek naszego marszu, czyli w górę. Tylko że tam, z tego co pamiętałem, poza skałami i rachitycznymi krzaczkami nic nie ma.

Z odpowiedzią przyszło Google Maps. Na jednym ze zdjęć zrobionym na szlaku widać jak kozy wygrzewają się na słoneczku. Na innym, jak wcinają krzaki. Zagadka rozwiązana.

Szlak ten warto przejść nie tylko ze względu na to, co czeka na jego końcu. Widoki po drodze też robią wrażenie. Można podziwiać z góry Dolinę Centralną i część Petry w okolicach amfiteatru. Zdjęcie tego ostatniego, które widzieliście jakiś czas temu, zrobiłem właśnie tutaj.

Po drodze spotkaliśmy też pierdolnik, który pozostał po beduińskiej "kawiarni". Są to charakterystyczne dla Petry miejsca, w których pod prowizorycznym zadaszeniem z kubkiem kawy lub herbaty można podziwiać widoki.

Słabo to wygląda, ale co zrobić.
Słabo to wygląda, ale co zrobić.

Szlak generalnie nie był trudny czy męczący, ale mżący co jakiś czas deszcz i kilometry w nogach powodowały, że trochę mi się dłużył. Ostatecznie, po około 45 minutach dotarliśmy do celu.

Skarbiec z góry

Dla mnie było to najfajniejsze miejsce w całej Petrze. Punkt widokowy na skraju przepaści, z którego idealnie widać Al-Khazneh i tłumy kłębiące się na dziedzińcu przed nim. Niezwykłości temu miejscu dodaje to, że znajduje się w beduińskim namiocie - kawiarni. Nie przedłużając, wygląda to tak:

Beduiński namiot to nie jedyne miejsce, z którego można podziwiać Skarbiec. Widzieliśmy kilkoro ludzi siedzących na skałach poniżej.
Beduiński namiot to nie jedyne miejsce, z którego można podziwiać Skarbiec. Widzieliśmy kilkoro ludzi siedzących na skałach poniżej.
Przed budowlą widać zabezpieczony kratami wykop. Skrywa on grobowce powstałe wcześniej niż Al-Khazneh, który został wykuty nad nimi. Odkrycia tego dokonano dopiero w 2003 roku, kiedy ze względu na wojnę w Iraku zmniejszyła się liczba turystów i można było na spokojnie przeprowadzić prace archeologiczne.
Przed budowlą widać zabezpieczony kratami wykop. Skrywa on grobowce powstałe wcześniej niż Al-Khazneh, który został wykuty nad nimi. Odkrycia tego dokonano dopiero w 2003 roku, kiedy ze względu na wojnę w Iraku zmniejszyła się liczba turystów i można było na spokojnie przeprowadzić prace archeologiczne.

Przybytek ten, w sensie kawiarnia, był prowadzony przez beduińską rodzinę. Przed wejściem do namiotu stała tabliczka z informacją, że w ramach szacunku dla trudu gospodarzy należy kupić coś do picia. Bez szemrania kupiliśmy więc po herbacie. Fajnie, że nawet w takim miejscu nie była droższa niż na Orlenie.

Jakiś czas po nas do namiotu wszedł młody człowiek, który informację przeoczył lub specjalnie się nią nie przejął. Po kilku minutach podszedł do niego kilkuletni smyk z obsługi i zapytał: tee or coffee? Turysta odmówił, a malec niepocieszony wrócił do ojca.

Ten, przez chwilę coś mu gardłowo tłumaczył. Chłopiec rozpromienił się i spróbował po raz drugi, tylko tym razem: excuse me, tee or coffee? Gdy i tym razem spotkał się z odmową, do akcji wkroczył ojciec, który wyjaśnił panujące w namiocie zasady. Ostatecznie turysta kupił napój w puszce.

Co tam Skarbiec. To jest prawdziwa gwiazda namiotu na skraju przepaści. Zeżarł całą kostkę serka od Joli.
Co tam Skarbiec. To jest prawdziwa gwiazda namiotu na skraju przepaści. Zeżarł całą kostkę serka od Joli.

Wracamy. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy Skarbcu, by po raz ostatni nacieszyć oczy jego widokiem.

Przy okazji byliśmy świadkami sporej awantury. Dwie turystki kłóciły się o miejsce w rikszy. Mimo że obok stała kolejna, całkiem pusta. Powstało zamieszanie, któremu z rozbawieniem przyglądali się miejscowi. W końcu musieli interweniować strażnicy.

Turyści robią siarę pod Al-Khazneh.
Turyści robią siarę pod Al-Khazneh.

Wracając Siq, byliśmy też świadkami szaleńczych przejazdów pustych rikszy. Najgorzej to wyglądało na odcinku, gdzie odsłonięto oryginalny bruk. Kopyta koni ślizgały się po wypolerowanych kamieniach, a ja oczami wyobraźni widziałem, jak rozpędzony zaprzęg wpada na grupkę turystów lub ścianę. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło.

* * *

W Petrze byliśmy jakieś 8 godzin. Przeszliśmy około 15 kilometrów. Jeśli chodzi o pokonaną trasę, to wydaje mi się, że wykonaliśmy plan optimum. Widzieliśmy najważniejsze budowle i posmakowaliśmy wędrówki po górach.

Dlatego w mojej opinii przeciętnemu turyście jeden dzień w Petrze w zupełności wystarczy. Co nie znaczy, że poza miejscami przez nas odwiedzonymi, nie ma już czego oglądać.

Zachęcająco wygląda szlak prowadzący na High Place of Sacrafice - płaskowyż, na którym odbywały się ceremonie religijne. Dziś wspaniały punkt widokowy.

Jest też szlak wokół góry Jabal al-Habis z ruinami twierdzy krzyżowców i ciekawie wyglądającymi skałami. Można poeksplorować płaskowyż przy Ad-Deir - z jego zachodniego krańca rozciąga się podobno fenomenalny widok na okoliczne góry i Wadi Araba - pustynię ciągnącą się od Morza Martwego do zatoki Akaba.

W Dolinie Centralnej można oglądać pozostałości Bizantyjskiego Kościoła z mozaikową posadzką i ruiny Świątyni Skrzydlatych Lwów. Przy Centrum Informacji Turystycznej znajduje się muzeum Petry.

Warto też zobaczyć Małą Petrę (Little Petra) - to skupisko kilku mniejszych grobowców jakieś 10 km na północny-zachód od centrum Wadi Musa.

W okolicy można spokojnie spędzić dwa dni i się nie nudzić. My nie mieliśmy tyle czasu. Wieczorem musieliśmy być już w zupełnie innym miejscu.

Nareszcie piekarnia!

Wyruszyliśmy do Wadi Rum. Jechaliśmy drogą nr 35 zapewniającą ciekawe widoki na góry na zachodzie.

My jednak, dużo bardziej niż ciekawych widoków, wypatrywaliśmy wtedy sklepu, gdzie moglibyśmy kupić jakieś pieczywo. Jego brak urastał wtedy do rangi najpoważniejszego problemu. Była godzina 16:00, a my nie zjedliśmy jeszcze normalnego obiadu.

Wtem!

W jednym z mijanych miasteczek dostrzegliśmy sklep z obrazkami na szyldzie sugerującymi, że może to być to, czego szukamy. Zaparkowałem, weszliśmy do środka i znaleźliśmy się w raju miłośników glutenu. Do wyboru pit ,a poza tym całe kosze wypełnione najróżniejszymi ciastkami. Byliśmy uratowani!

Kupiliśmy pity i sporo ciastek - suchych, twardawych i nieprzesadnie słodkich. Idealnych na przekąskę. I tak je później wykorzystywaliśmy. Dużo spokojniejsi ruszyliśmy w dalszą drogę.

Wadi Rum

Wadi Rum to niesamowicie ciekawy fragment pustyni, który formalnie jest wadi czyli doliną. Choć tej dolinowatości tu nie widać. Może dlatego, że to największa wadi w Jordanii.

Miejsce to słynie z potężnych, zbudowanych z piaskowca lub granitu skał o nierzadko fantazyjnych kształtach i beduińskich obozowisk, gdzie można spędzić noc.

Wczesnym wieczorem dojechaliśmy do Centrum Informacji Turystycznej będącego bramą do Wadi Rum.

Centrum Informacji Turystycznej Wadi Rum. Skała w tle to
Centrum Informacji Turystycznej Wadi Rum. Skała w tle to "Siedem Filarów Mądrości"

Wadi Rum jest obszarem chronionym, dlatego wjazd wymaga pewnych formalności. U nas sprowadziły się one do podbicia Jordan Pass, co trochę trwało. W końcu jednak mogliśmy ruszyć w dalszą drogę, do wioski Wadi Rum.

Gdy dojechaliśmy na miejsce, było już prawie ciemno. Nie na tyle jednak, by nie zobaczyć, że wioska to zbiorowisko parterowych, niechlujnie zbudowanych domów.

Zostawiliśmy samochód na sporym parkingu, zabraliśmy swoje bagaże i udaliśmy się na główną ulicę wioski. Tu mieliśmy czekać na Beduinów, poinformowanych wcześniej przez Jolę na whatsapp. Zjawili się dość szybko, w starym japońskim pikapie - ulubionym środku transportu miejscowych.

Razem z młodą niemiecką parą weszliśmy na pakę i wyruszyliśmy w stronę naszego beduińskiego obozowiska. Tam bowiem mieliśmy spędzić tę noc.

Szybko zaczęliśmy rozmawiać z towarzyszami podróży. Jak się okazało, Niemiec znał nawet jakieś słowa po polsku. Przez pół roku był na Erasmusie na Uniwersytecie Warszawskim. Rozmawiało się całkiem miło, tym bardziej, że o podziwianiu widoków "za oknem" można było zapomnieć.

Noc była czarna jak smoła. Jedyne, co widzieliśmy, to niewielki skrawek rozjeżdżonej piaszczystej drogi oświetlany przez światła wysłużonego auta. Po pewnym czasie zniknęła nawet ta droga.

Jechaliśmy bardzo długo. W pewnym momencie pojawił się nawet (w mym mężnym sercu) niepokój... na szczęście nieuzasadniony. Dojechaliśmy. Jak się okazało po przestudiowaniu mapy - na jedno z najodleglejszych obozowisk Wadi Rum.

Beduińska kolacja

Zostawiliśmy rzeczy w naszym namiocie (pokażę go jutro, jak będzie jasno), trochę odświeżyliśmy i ruszyliśmy na wspólną kolację - nieodłączny element pobytu u Beduinów.

Posiłek miał miejsce w największym namiocie obozowiska. Było w nim już sporo ludzi, dlatego wchodziliśmy z wrażeniem, jakby cała impreza czekała ze startem tylko na nasze przybycie.

Dywany na podłodze obligowały do pozostawienia butów przy wejściu. Okna nie mają szyb, są tylko podnoszone do góry
Dywany na podłodze obligowały do pozostawienia butów przy wejściu. Okna nie mają szyb, są tylko podnoszone do góry "okiennice".

Siedliśmy i głodni jak wilki zaczęliśmy czekać razem z resztą międzynarodowego towarzystwa. Okazało się bowiem, że ktoś jeszcze nie dotarł. Spóźnialscy w końcu jednak przybyli, a tuż po nich na szwedzki stół wjechało jedzenie - pity, ryż, świeże, krojone warzywa. Poproszono nas też na zewnątrz, gdzie czekało główne danie.

Oto bowiem Beduini zaczęli odgarniać ziemię przy wejściu do namiotu. Odsłonili wkopaną, stalową beczkę, z której wyciągnęli kilkupoziomowy ruszt wypełniony gorącym, aromatycznym mięsem. Okazało się, że to rodzaj miejscowego grilla. Na dnie beczki żarzą się węgle, które przez kilka godzin pieką jedzenie.

Mięso, podobnie jak reszta dań, było bardzo smaczne. Do tego gospodarze hojnie częstowali herbatą z kardamonem, którą podgrzewali w sporym palenisku na środku namiotu. Ta herbata, mimo że potwornie słodka, była naprawdę dobra. Smakowała nawet Joli, która na co dzień nie słodzi.

Gdy już wszyscy podjedli, gospodarze włączyli muzykę - beduińskie bity do tańczenia. Próbowali animować imprezę, ale ze względów kulturowych prosili do tańca panów... więc generalnie nie siadło. Posiedzieliśmy jeszcze trochę i wróciliśmy do namiotu.

Umyliśmy się i poszliśmy spać. Tak się skończył drugi dzień podróży.

Czytaj dalej, o zwiedzaniu Wadi Rum i mniej przyjemnych rzeczach