Relacja z Jordanii - Dzień 3

Nastał świt. Obudziło mnie zimno bijące od ściany namiotu. Na szczęście odczuwane tylko na twarzy. Reszcie ciała było przyjemnie ciepło pod grubą warstwą koców.

Gdy zrobiło się jasno, wygrzebałem się i poszedłem do kibelka. W końcu mogłem przyjrzeć się obozowisku i okolicy.

Namioty mają solidną, drewnianą podłogę kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. W naszym mieściły się cztery normalne łóżka i można w nim było normalnie stanąć. Jak widać po kablu, mieliśmy też prąd.
Namioty mają solidną, drewnianą podłogę kilkadziesiąt centymetrów nad ziemią. W naszym mieściły się cztery normalne łóżka i można w nim było normalnie stanąć. Jak widać po kablu, mieliśmy też prąd.
Łazienka. Zaskakująco normalna, jak na miejsce, w którym się znajdowała. Minus to brak ciepłej wody.
Łazienka. Zaskakująco normalna, jak na miejsce, w którym się znajdowała. Minus to brak ciepłej wody.
Tym Jeepem Cherokee jeździł szef obozowiska. Od razu widać, że należy do kogoś ważniejszego - nie dość, że to auto amerykańskie (a nie jak większość - japońskie), to jeszcze nie jest pikapem, czyli autem do wożenia turystów. Namiot, przy którym stoi Jeep, to jadalnia. Energia w obozowisku pochodzi z paneli słonecznych
Tym Jeepem Cherokee jeździł szef obozowiska. Od razu widać, że należy do kogoś ważniejszego - nie dość, że to auto amerykańskie (a nie jak większość - japońskie), to jeszcze nie jest pikapem, czyli autem do wożenia turystów. Namiot, przy którym stoi Jeep, to jadalnia. Energia w obozowisku pochodzi z paneli słonecznych

To, co mnie na tej pustyni najbardziej zdziwiło, to roślinność. Składały się na nią głównie małe fioletowe kwiatki. Podejrzewam, że można je tu oglądać tylko wczesną wiosną. I generalnie, jest to według mnie dobra pora na zwiedzanie Wadi Rum. Rano jest rześko (chodziliśmy w bluzach), a później robi się przyjemnie ciepło. Idealna temperatura do zwiedzania.

A miejsc do zobaczenia jest sporo. Dlatego tuż po śniadaniu (nie tak wystawnym jak kolacja, ale również bardzo dobrym) wyruszyliśmy odkrywać pustynię.

W pikapie mkniemy przez Wadi Rum
W pikapie mkniemy przez Wadi Rum

Dom Lawrence'a (Lawrence’s House)

Pierwsze miejsce, które zobaczyliśmy, to ruiny zabudowań będących niegdyś schronieniem dla karawan. Beduini nazywali je "Mały Pałac". Natomiast dzisiejsza nazwa nawiązuje do Thomasa Lawrence'a, który miał tu podobno spędzić noc.

U nas jest to postać raczej nieznana, ale w krajach arabskich ma status bohatera. Lawrence, działając z ramienia brytyjskiej armii, był bliskim doradcą emira Fajsala ibn Husajna. Emir ten walczył o wyzwolenie Arabów spod władzy Imperium Osmańskiego (czyli mocno upraszczając Turcji). Miało to miejsce w trakcie tzw. Arabskiej Rewolty w czasie I wojny światowej.

Zasługi Brytyjczyka dla wygranej ostatecznie sprawy są niezaprzeczalne. Bo Lawrence okazał się nie tylko doradcą. Planował partyzanckie uderzenia, zachęcał do walki kolejne plemiona, a także brał czynny udział w walkach.

Na tym jednak jego oddanie sprawie arabskiej się nie skończyło. Okazało się bowiem, że Anglia i Francja, które wspierały rewoltę, wcale nie zamierzały pozwolić Arabom na samodzielne rządy. A Lawrence mocno sprzeciwiał się kolonialnym zapędom tych mocarstw.

Próbował pozyskać dla sprawy jak najwięcej osób, zarówno podczas kuluarowych rozmów, jak i poprzez artykuły w prasie. W ramach protestu przeciwko polityce Zjednoczonego Królestwa odmówił też przyjęcia tytułu szlacheckiego z rąk króla Jerzego V.

Lawrence wspomnienia z wojny opisał w autobiograficznej powieści "Siedem filarów mądrości". Jeżeli macie wrażenie, że już gdzieś tę nazwę słyszeliście, to dobrze. Oznacza to, że czytacie podpisy pod zdjęciami :-) Tytułem tej powieści nazwano jedną ze skał na Wadi Rum - znajdziecie ją na zdjęciu z Centrum Informacji Turystycznej.

Przybliżam sylwetkę Lawrence'a, bo o jego "domu" mogę napisać jedynie: trzy ściany, brak dachu, nic ciekawego.

Lawrence’s House - a raczej to, co z niego pozostało.
Lawrence’s House - a raczej to, co z niego pozostało.

O ile ruiny nas nie zachwyciły, to za nimi znajduje się półka skalna, z której rozpościerają się wspaniałe widoki.

Wszędzie poustawiane są wieżyczki z kamieni – widzę, że ten zwyczaj (w sumie niezbyt dobry) jest praktykowany przez turystów wszędzie na świecie. Tyle że w tym miejscu to nie turyści zaczęli. Pierwsze wieżyczki były wzniesione przez Beduinów, jako znaki nawigacyjne dla karawan.

Widok z Lawrence’s House na południe.
Widok z Lawrence’s House na południe.
Widok z Lawrence’s House na północ.
Widok z Lawrence’s House na północ.
Wieżyczki z kamieni zbudowane przez turystów. Być może są wśród nich te ustawione przez Beduinów jako znaki nawigacyjne.
Wieżyczki z kamieni zbudowane przez turystów. Być może są wśród nich te ustawione przez Beduinów jako znaki nawigacyjne.

Kolejnym miejscem, do którego pojechaliśmy, była wydma znajdująca się około 600 metrów na południe od Lawrence's House. Przewodnik zaproponował, abyśmy przeszli ją samodzielnie. On miał czekał po drugiej stronie. Super, ruszamy!

Wiosną jest na Wadi Rum zaskakująco dużo kwiatów. Do tego bardzo wyraźnie czuć ich zapach.
Wiosną jest na Wadi Rum zaskakująco dużo kwiatów. Do tego bardzo wyraźnie czuć ich zapach.

Piasek był przyjemny, miękki, i ze względu na wczesną godzinę, jeszcze nie parzył w stopy. Powygłupialiśmy się trochę robiąc orzełki i pozując na spragnionych wędrowców przemierzających pustynię. Następnie ruszyliśmy w stronę kolejnej atrakcji.

Mały Most (Little Bridge)

Mały most to łuk skalny stworzony przez erozję. Na Wadi Rum są jeszcze dwa inne łuki skalne, większe i bardziej spektakularne - Burdah Rock Bridge oraz Um Frouth Rock Bridge. Mimo to Little Bridge i tak warto zobaczyć. Tym bardziej, że miejsce oferuje wspaniałe widoki na łączące się tu dwie największe doliny Wadi Rum.

Skalny most nie jest może zbyt duży, za to położony dość wysoko w stosunku do powierzchni gruntu.
Skalny most nie jest może zbyt duży, za to położony dość wysoko w stosunku do powierzchni gruntu.
Tak Little Bridge wygląda z góry. W okolicy lewego ramienia Pawła widać wydmę, którą odwiedzimy za jakiś czas.
Tak Little Bridge wygląda z góry. W okolicy lewego ramienia Pawła widać wydmę, którą odwiedzimy za jakiś czas.
Te skały przypominają mi burty ogromnych okrętów kosmicznych ze Star Wars. Swoją drogą, Wadi Rum
Te skały przypominają mi burty ogromnych okrętów kosmicznych ze Star Wars. Swoją drogą, Wadi Rum "zagrało" rolę księżyca Jedha w filmie "Star Wars Rogue One". A jeszcze wcześniej kręcono tu sceny do "Marsjanina".
* * *

A teraz chwila przerwy na auto, którym przemierzaliśmy pustynię. Przed Państwem Toyota Land Cruiser J70.

Toyota Land Cruiser J70
Toyota Land Cruiser J70

Ta seria modelu jest produkowana od 1984 roku do dziś! Oczywiście, pod drodze były modyfikacje, np. w 2007 roku dodano poduszkę powietrzną. Ale pod spodem to wciąż ta sama konstrukcja. Toporna, dzielna w terenie i odporna na ekstremalne warunki pogodowe. Nic dziwnego, że w RPA Toyota reklamuje ją jako „King of Africa”, czyli „Król Afryki”.

* * *

Kanion Khazali (Khazali Canyon)

Kanion Khazali to wąska szczelina między skałami, w którą od tysięcy lat zagłębiali się ludzie. Powód był prozaiczny. Na jej (niezbyt odległym) końcu gromadziła się woda.

Kanion Khazali z oddali
Kanion Khazali z oddali

Z jakiegoś powodu ci wszyscy ludzie czuli silną potrzebę pozostawienia tu po sobie jakiegoś śladu. Dlatego na ścianach pełno wyrytych inskrypcji i petroglifow (wyrytych rysunków).

Podejrzewam, że tak liczna ich obecność wynikała z nudy, którą odczuwali stojąc w kolejce do wody. Ale to tylko moja luźna hipoteza, więc nie bierzcie jej zbyt poważnie.

Wejście do Kanionu Khazali
Wejście do Kanionu Khazali
Petroglify. Wystarczy popatrzeć nieco dłużej, by spostrzec sylwetki zwierząt i ludzi.
Petroglify. Wystarczy popatrzeć nieco dłużej, by spostrzec sylwetki zwierząt i ludzi.
Te otwory to podobno wytwory kapiącej wody.
Te otwory to podobno wytwory kapiącej wody.

Mówiąc szczerze, Khazali i jego zawartość nie zrobiły na mnie dużego wrażenia. Sam kanion nijak nie mógł się równać urodą z Siq w Petrze, a petroglify były niezbyt czytelne. Ot bazgroły, jakby wykonane ręką dziecka, z których czasami można wyłowić jakieś zwierzę czy ludzką sylwetkę.

Pomimo mojego chłodnego odbioru petroglifów i inskrypcji, są to bez wątpienia bardzo cenne pozostałości po ludach niegdyś zamieszkujących lub bywających na Wadi Rum. Na tyle cenne, że był to jeden z głównych powodów wpisania tej pustyni na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Petroglify i inskrypcje Wadi Rum

Na terenie Wadi Rum jest ich naprawdę dużo. Badacze doliczyli się 20 tys. inskrypcji i 15 tys. petroglifów.

Najstarsze mają 12 tys. lat, czyli pochodzą z neolitu. Najnowsze powstały w czasach współczesnych. Analiza języków inskrypcji wykazała, że w skale ryli Nabatejczycy oraz ludy arabskie przed i po pojawieniu się islamu.

Petroglify przedstawiają różne aspekty życia - pasterstwo, kult religijny, polowania czy działania wojnne. Jeśli chodzi o te ostatnie, z narzędzi do wysyłania na tamten świat można znaleźć zarówno łuki czy sztylety, jak i karabin maszynowy. Z innych wytworów XX w. można spotkać samochód czy samolot.

Dużo jest na ścianach zwierząt. Przeciętny turysta bezbłędnie rozpozna wielbłądy. Natomiast badacze w pokracznych kształtach dopatrzyli się gatunków, które już wyginęły (Oryks arabski) lub są zagrożone (Koziorożec nubijski). Jest to więc zapis zmian środowiskowych, jakie zaszły na przestrzeni wieków. Z innej strony, analiza rysunków pozwala prześledzić ewolucję udomawiania zwierząt.

A jeśli mowa o zwierzętach domowych na Wadi Rum, poniżej krótka galeria obrazująca stan na dzień dzisiejszy.

Kozy i owce pasące się pospołu. Dla lokalnej ludności to źródło mleka i mięsa.
Kozy i owce pasące się pospołu. Dla lokalnej ludności to źródło mleka i mięsa.
Wielbłądy dromadery to zwierzęta często występujące na Wadi Rum. Dziś służą chyba tylko do wożenia turystów.
Wielbłądy dromadery to zwierzęta często występujące na Wadi Rum. Dziś służą chyba tylko do wożenia turystów.
Mistrz drugiego planu
Mistrz drugiego planu
Stylówa na robocie
Stylówa na robocie

Wydma Czerwonego Piasku (Red Sand Dune)

To najbardziej imponująca wydma Wadi Rum. Wysoka, przytulona do samotnej skały i z wyjątkowo czerwonym piaskiem, będącym wynikiem dużej zawartości tlenków żelaza. Nieprzypadkowy jest zatem kolor zbliżony do rdzy.

Oficjalna nazwa wydmy to Al Ramal czyli po arabsku piasek.
Oficjalna nazwa wydmy to Al Ramal czyli po arabsku piasek.

W przeciwieństwie do wydmy, którą zwiedzaliśmy rano, na tej było sporo ludzi. Nic dziwnego, to jedna z głównych atrakcji Wadi Rum.

Zdjęliśmy buty i po obsuwającym się spod stóp piasku mozolnie zaczęliśmy wspinać się na szczyt. Powiem szczerze, że trochę się przy tym zmęczyłem. W dużej mierze ze względu na temperaturę, która od rana skoczyła o ponad 20 stopni. Takie uroki pustyni.

Ludzie zjeżdżający z wydmy na desce nie są podobno niczym niezwykłym. Beduini w niektórych obozowiskach oferują nawet wynajem sprzętu.
Ludzie zjeżdżający z wydmy na desce nie są podobno niczym niezwykłym. Beduini w niektórych obozowiskach oferują nawet wynajem sprzętu.

Jak do tej pory, mieliśmy już całkiem niezły przegląd pustynnych atrakcji. Do kolekcji brakowało tylko oazy. Kolejne miejsce, które odwiedziliśmy, można za takową uważać.

Źródło Lawrence’a (Lawrence's Spring)

To jedyne źródło wody w promieniu kilku kilometrów. Od dawna jest używane przez Beduinów, którzy chwalą sobie jego czystą, orzeźwiającą wodę. Mimo wszystko, nie zaleca się Europejczykom jej picia.

Źródło jest nazwane nazwiskiem wspominanego już w tej relacji Brytyjczyka. W czasie pobytu na Wadi Rum miał z niego pić, a nawet się w nim kąpać. Choć znalazłem w czeluściach internetu wzmiankę o Beduinach twierdzących, że źródło, z którego korzystał Lawrence, znajduje się gdzie indziej.

Źródło jest widoczne po prawej stronie zdjęcia, wysoko, tam gdzie zielone plamy.
Źródło jest widoczne po prawej stronie zdjęcia, wysoko, tam gdzie zielone plamy.

Źródło zlokalizowane jest wysoko pośród skał. Dojście do niego wymaga wspinaczki po kamieniach i nie jest kwestią kilku minut. Dlatego, z braku czasu, nie widzieliśmy go z bliska. Trochę szkoda, bo w jego pobliżu jest sporo zieleni (im bliżej, tym więcej), a to na pustyni zawsze ciekawy widok.

Czas, który mieliśmy, wykorzystaliśmy na pokręcenie się po okolicy. Ja oglądałem głównie wielbłądy i samochody. Tych i tych było sporo, bo miejsce jest punktem początkowym wielu wycieczek.

Koryta służą do pojenia wielbłądów.  Zasilająca je rura ma początek u samego źródła.
Koryta służą do pojenia wielbłądów. Zasilająca je rura ma początek u samego źródła.
Wielbłądy czekają na turystów. Żeby nie uciekły, przywiązano je do kamieni leżących na ziemi Xd
Wielbłądy czekają na turystów. Żeby nie uciekły, przywiązano je do kamieni leżących na ziemi Xd
Toyota Land Cruiser J40 - dziadek modelu, którym jeździliśmy. Ma co najmniej 40 lat, a nadal jest normalnie używany
Toyota Land Cruiser J40 - dziadek modelu, którym jeździliśmy. Ma co najmniej 40 lat, a nadal jest normalnie używany

Beduini, pieniądze i kobiety

Lawrence’s Spring był ostatnim punktem naszej wycieczki po Wadi Rum. Beduiński przewodnik odwiózł nas w pobliże parkingu, gdzie zostawiliśmy samochód.

Przyszła pora płacenia. Jola próbowała dać pieniądze naszemu kierowcy, ale ten odmówił. Musieliśmy poczekać chwilę na szefa campu, który przyjął zapłatę nawet nie przeliczając gotówki.

Po raz kolejny zauważyliśmy, że Beduini czują się niezręcznie, gdy podnosimy kwestię zapłaty. Spotkaliśmy się z tym poprzedniego dnia, gdy Jola próbowała się dowiedzieć, kiedy mamy zapłacić. Później dowiedzieliśmy się, z czego te zachowanie wynika.

Beduini mają wpisaną w kulturę bezinteresowną gościnność. Wynika to z ciężkich, pustynnych warunków, w jakich żyli przez wieki. Wszystkim łatwiej się żyło, gdy można było liczyć na to, że pobratymiec nie zostawi w potrzebie - zapewni dach nad głową, da wodę i jedzenie.

Dlatego ludzie ci traktują turystów jak gości zapraszanych pod swój dach. I nie ma w tym krzty przesady. Podczas kolacji byli cały czas obecni. Jak gospodarze, jedli i pili razem z nami. A jak tu brać pieniądze od gości?

W kontaktach z Beduinami wynikł jeszcze jeden problem, choć to może zbyt mocne słowo. W każdym razie, kwestie noclegu załatwiały Jola i Asia, i to one najlepiej wiedziały co i jak z posiłkami, zwiedzaniem itd. Siłą rzeczy, to one rozmawiały z naszymi gospodarzami. I czuć było, że rozmowa z kobietą nie jest dla nich do końca komfortowa. Znamienne, że gdy to oni byli stroną zagajającą, zawsze zwracali się do mnie lub Pawła.

* * *

Podsumowując, Wadi Rum to jedno z moich najciekawszych podróżniczych doświadczeń. Jeżeli zawędrujecie do Jordanii, spróbujcie koniecznie.

Siedem Filarów Mądrości raz jeszcze. Na pierwszym planie zlot starych japońskich pikapów czekających na turystów.
Siedem Filarów Mądrości raz jeszcze. Na pierwszym planie zlot starych japońskich pikapów czekających na turystów.

Wyruszyliśmy w drogę, by za kilkanaście minut zatrzymać się w kolejnym miejscu – na stacji kolejowej Wadi Rum. Zaciekawił mnie stojący tu parowóz.

Ta lokomotywa już nigdzie nie pojedzie.
Ta lokomotywa już nigdzie nie pojedzie.

Tory, które tędy przebiegają, są odgałęzieniem linii Kolei Hidżaskiej łączącej Damaszek z Medyną. W przeciwieństwie do większości głównej linii, ten odcinek jest nadal używany - wożone są nim fosforyty z kopalni w okolicach miasta Ma'an do nadmorskiej Akaby. Jednak patrząc na stację odniosłem wrażenie, że pociągi nie jeżdżą tędy zbyt często.

Z chęcią spędziłbym w tym miejscu więcej czasu. Na przykład wszedł do zabytkowego wagonu pasażerskiego. Ale gonił nas czas, a ponadto mieliśmy na karku początek burzy piaskowej.

Już przy Lawrence’s Spring czuliśmy, że coś się dzieje. Jednak dopiero widząc tumany piasku nawiewane na asfalt zdaliśmy sobie sprawę, że lepiej jak najszybciej ewakuować się z okolicy.

Dlatego zrobiłem tylko kilka zdjęć i wróciłem do samochodu. Reszta załogi nawet z niego nie wysiadała. Ruszyliśmy nad morze.

Plażowanie nad Morzem Czerwonym

A tak naprawdę celem naszej wizyty nad tym akwenem było obejrzenie rafy koralowej. Miała być widoczna tuż przy brzegu, wystarczyć miało zanurzenie głowy pod wodę. A przynajmniej takie informacje zdobyła Asia. Jak to jest w rzeczywistości, mieliśmy się dopiero przekonać.

Po nieco ponad godzinie od wyruszenia spod stacji Wadi Rum dotarliśmy do plaży południowej. Zatrzymaliśmy się na sporym parkingu, na którym zajęta była niewielka część miejsc. Sezon najwyraźniej jeszcze się nie rozpoczął albo tego dnia było po prostu za zimno.

Plaża południowa nad Zatoką Akaba. Z perspektywy parkingu wygląda to całkiem nieźle.
Plaża południowa nad Zatoką Akaba. Z perspektywy parkingu wygląda to całkiem nieźle.

Spakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy na plażę. Znaleźliśmy budynek, w którym dziewczyny mogły się przebrać w stroje kąpielowe, a ja skorzystać z toalety. Człowiek z obsługi zażyczył sobie za to (a była tylko jedynka) horrendalne 5 dinarów. Cóż było robić.

Wręczyłem mu banknot 10-dinarowy. Koleś otworzył kanciapę naprzeciwko kabin i długo szukał reszty do wydania. Potem Asia powiedziała mi, że na parkingu podszedł do niej jakiś człowiek i ostrzegał przed naciągaczem w toaletach. Mówił, żeby mu nie płacić.

Czyli wiadomo, że w kiblu grasuje naciągacz (ma tam nawet swoją kanciapę!), ale nikt nic z tym nie robi z wyjątkiem ostrzegania. Dziwny kraj.

No nic. Zeszliśmy nad wodę. Plaża robiła tutaj zdecydowanie gorsze wrażenie niż z daleka. Zresztą popatrzcie na zdjęcie.

Plaża południowa nad Zatoką Akaba
Plaża południowa nad Zatoką Akaba

Piasek był gruby i ziemisty. Słońce schowało się za chmury, a temperatura była nieprzesadnie wysoka. To wszystko sprawiło, że straciłem ochotę na kąpiel.

Nie mogę wam więc z pierwszej ręki powiedzieć, jak te rafy wyglądają. Jola, która oglądała te blisko brzegu, stwierdziła, że rafy faktycznie tam są. Widać, że to rafa, ale nie robią jakiegoś spektakularnego wrażenia.

Asia podeszła do tematu oglądania raf koralowych dużo poważniej. Wypożyczyła sprzęt do nurkowania z rurką do oddychania. Wypłynęła dalej od brzegu i tam faktycznie było już co oglądać. Nurkowała około godziny i była zachwycona.

Jeżeli ktoś nie ma ochoty nurkować, by zobaczyć rafę, może kupić kilkunastominutowy rejs stateczkiem ze szklanym dnem. Jeden z takich stateczków, ewidentnie po złości (dla żartu?), próbował staranować Asię. Patrzyliśmy na to z brzegu i nie wierzyliśmy własnym oczom. Na szczęście wyszła z tego bez szwanku.

Na plaży z kolei nękali nas sprzedawcy kawy i herbaty. Byliśmy łatwym celem, bo oprócz nas plażowało bardzo niewiele osób.

Ja za każdym razem grzecznie odmawiałem. Natomiast w Pawle już od Petry narastała irytacja zaczepiającymi go raz po raz sprzedawcami. Pech chciał, że mobilna kawiarnia dopadła go w momencie, gdy próbował się przebrać owinięty ręcznikiem. Wiązanka, oczywiście po polsku, którą posłał w stronę sprzedawcy była naprawdę epicka. Biedny człowiek zapewne nic z niej nie zrozumiał, ale ton głosu nie pozostawiał wątpliwości, o co chodziło.

Pomijając powyższe incydenty, wynudziłem się jak mops. Dlatego plażę opuszczałem bez najmniejszego żalu.

Akaba

W tym nadmorskim mieście mieliśmy zarezerwowany wcześniej nocleg. Na tle miejsc, w których spędziliśmy dwie poprzednie noce,Baraka Al Aqaba Hotel Suites wręcz opływał luksusem. Czyli było czysto i mogliśmy się umyć w ciepłej wodzie.

Odświeżyliśmy się więc i ruszyliśmy na miasto - przede wszystkim po to, by coś zjeść. Po dłuższym spacerze dotarliśmy do czegoś, co wyglądało jak centrum. Brzydkie to wszystko jak jasna cholera, za co sporą winę ponoszą pstrokate reklamy. Szkoda mi było kliszy na takie rzeczy, ale jeżeli chcecie poczuć ten klimat, zapraszam na street view.

No ale nie przyszliśmy tu, by podziwiać architekturę. Chodził za mną klasyczny (w moim mniemaniu) kebab, takie mięso na patyku. Znalazłem lokal, który je serwował i złożyłem zamówienie. Cena, jak na Jordanię, wysoka - 10 dinarów.

W końcu dostałem jedzenie - mięso, ogromną ilość ryżu i jakichś warzyw. Było tego na tyle dużo, że spokojnie podzieliłem się z Pawłem. I generalnie, wielkość była jedyną zaletą tego dania. Jego ostrość skutecznie maskowała pozostałe smaki.

Dziewczyny miały więcej szczęścia z wyborem jedzenia. Już w innym lokalu zamówiły, za jakieś śmieszne pieniądze, falafel. I ten był naprawdę dobry.

Po posiłku poszliśmy na wybrzeże. Pokręciliśmy się trochę, a gdy zapadł zmrok, ruszyliśmy z powrotem do hotelu. Po drodze zahaczyliśmy o sklep spożywczy. W środku zastaliśmy m.in. starszego człowieka jedzącego z dużej misy, który zaproponował, abyśmy przyłączyli się do posiłku. Miłe.

Pozostaje pytanie, które zapewne części w was zakiełkowało w głowie. Czy czuliśmy się bezpiecznie podczas tego zwiedzania, a zwłaszcza po zmroku? Ja nie do końca. Ale to chyba tylko kwestia uprzedzeń. Bo w sumie nie mieliśmy żadnej nieprzyjemniej sytuacji.

Zatoka Akaba
Zatoka Akaba
Akaba nocą. Co jak co, ale widok z balkonu naszego pokoju mieliśmy świetny.
Akaba nocą. Co jak co, ale widok z balkonu naszego pokoju mieliśmy świetny.