Relacja z Jordanii - Dzień 1
Ryanair do Jordanii latał z Warszawy i z Krakowa. Jako że chcieliśmy lecieć w piątek, byliśmy skazani na Kraków. Wyruszyliśmy do niego pociągiem w czwartek wieczorem.
W ogóle, to była moja pierwsza podróż Pendolino. Wrażenia całkiem przyjemne - szybko, cicho, komfortowo. Na krakowskim dworcu byliśmy około północy, z czwartku na piątek.
Ciekawostka - gdy jechaliśmy pociągiem, odbywał się mecz reprezentacji w piłce nożnej z Austrią, w ramach eliminacji do Euro 2020. Wygraliśmy 1:0, a jedynego gola strzelił Krzysztof Piątek “Pio”. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że przez jakiegoś koronawirusa impreza ta zostanie przesunięta o rok - nie uwierzyłbym.
Z dworca na lotnisko pojechaliśmy autobusem. Wylot był planowany na 6:15, więc pozostało nam kilka godzin czekania. Nie jestem wybredny, jeśli chodzi o miejsce do spania (co wie każdy, kto mnie zna). Natomiast stalowe ławeczki, na których próbowałem uciąć drzemkę, były tak potwornie niewygodne, że co chwilę się budziłem. Jestem prawie pewien, że ławki zostały tak zaprojektowane celowo, by jakiemuś bezdomnemu nie przyszła ochota na nich spać.
Dlatego z radością powitałem świt – szary i ponury, ale kończący ten koszmar. Po wejściu do samolotu okazało się, że los wynagrodził mi niewygody. Dostałem luksusowe miejsce w pierwszym rzędzie z ogromem miejsca na nogi i brakiem pasażera obok.
Wznieśliśmy się ponad zaciągnięty ołowianą kopułą Kraków i po chwili przywitało nas błękitne niebo i grzejące przyjemnie słońce. W oddali majaczyły skrzące się śniegiem szczyty Tatr.

Podczas tego lotu większość trasy przebiegała nad jakimiś górami – najpierw były to Karpaty, potem nieznane mi pasma w Turcji. Zdziwiłem się, że tak mało było tam śladów działalności człowieka - miast czy dróg.
Zupełnie inaczej przedstawiały się z lotu ptaka Izrael i Jordania. Połacie suchej ziemi nie wyglądały na przyjemne miejsce do życia. Trochę zieleni wnosiły jedynie sztucznie nawadniane pola i dolina rzeki Jordan.
Generalnie, ze względu na widoki za oknem, był to mój zdecydowanie najciekawszy lot. W ogóle zapomniałem o drzemce, którą sobie obiecałem, gdy z niewygody, raz po raz, budziłem się na lotnisku.
Zanim wylądujemy i zacznie się dziać, wrócę jeszcze do jednej kwestii związanej z planowaniem tej podróży. Być może moje przemyślenia przydadzą się komuś, kto się tam wybiera.
Jak się przemieszać po Jordanii, czyli wybór między dżumą a cholerą
Pierwotny plan przygotowany przez Asię zakładał wykorzystanie autobusów i taksówek. Powiedzieć, że podszedłem do niego z umiarkowanym entuzjazmem, byłoby eufemizmem.

Wykorzystanie komunikacji publicznej wymagałoby od nas kilku przesiadek, robienia nadmiarowych kilometrów, szukania przystanków i Bóg wie czego jeszcze. Z bagażami, z ciągłą obawą, że się spóźnimy, autobus nie przyjedzie lub odjedzie dopiero wtedy, gdy będzie miał komplet.
Im więcej czytałem porad jak to ogarnąć, tym bardziej się zniechęcałem do autobusów. Wariant zdecydowanie nie na moje nerwy. Zwłaszcza, że mieliśmy mało czasu a miejsca, które chcieliśmy odwiedzić, były odległe od siebie. Jedna obsuwa i cały plan składa się jak domino.
Z drugiej strony myśl, że miałbym w arabskim kraju prowadzić samochód, również wywoływała moje spore obawy. Przecież na tamtejszych drogach panuje totalny Meksyk. Wpisy na forach i blogach potwierdzały to wyobrażenie, choć pojawiały się też głosy, że idzie do tego przywyknąć. Chwyciłem się tej myśli jak tonący brzytwy i ostatecznie zdecydowałem – raz kozie śmierć, wynajmujemy auto.
Zarezerwowałem malutką Kie Picanto w wypożyczalni Sixt. Odbiór i zwrot na lotnisku, a cena za cztery dni to jedyne 476 zł. Idealnie.
Lotnisko i kilka słów o Jordan Pass
Po 3 godzinach i 40 minutach wylądowaliśmy na ammańskim lotnisku. Na miejscu dochodziła jedenasta. Z pewnym zdziwieniem odnotowałem, że przesunięcie czasowe względem Polski wynosi tylko godzinę. Rzut oka na mapę wyjaśnia, dlaczego. Jordania leży na podobnej szerokości geograficznej co Moskwa czy wschodnia Ukraina a nie, jak to sobie wyobrażałem, gdzieś daleko na wschodzie.
Za to pogoda różniła się diametralnie od tej w Polsce. Było słonecznie i przyjemnie ciepło. Zanim jednak mogliśmy nacieszyć się tą zmianą, musieliśmy załatwić kilka formalności.
Jordan Pass
Aby dostać się na teren Jordanii, trzeba mieć wizę. Można ją kupić na lotnisku (w 2019 r. kosztowała 40 JOD , 1 JOD to w przybliżeniu 1 dolar) lub wiza jest zawarta w tzw. Jordan Pass. Jest to, oprócz wizy, bilet wstępu do 40 najpopularniejszych atrakcji turystycznych kraju (niestety z wyłączeniem Petry). Jordan Pass kosztuje zaledwie 70 JOD (2019 r.) – a więc zdecydowanie warto.
My Jordan Passy mieliśmy kupione wcześniej, przez internet. Nie uchroniło nas to jednak przed spędzeniem kilkunastu minut w kolejce. Przy sprawdzaniu moich dokumentów wynikło pewne zamieszanie (już nie pamiętam, o co chodziło), ale ostatecznie przekroczyliśmy bramki i poszliśmy odebrać samochód.
Nasz samochód i pierwszy przypał na jordańskiej ziemi
Odbierając zarezerwowane wcześniej auto wykupiliśmy dodatkowe ubezpieczenie od wszelkiego złego. Oczywiście, jak pana sprzedawcę przycisnąłem, okazało się, że standardowo w takich przypadkach nie obejmuje ono uszkodzeń szyb i opon. Ehhhh….
Dostaliśmy za to samochód większy od tego zarezerwowanego - Chevrolet Cobalt. Dla mnie istotniejsze było to, że posiadał automat. Walnie przyczynił się on do tego, że z przejazdu przez Amman wyszliśmy w jednym kawałku. Ale o tym dalej.

Swoją drogą, znam się trochę na samochodach, ale o Cobalcie nie słyszałem nigdy. Samochód ten to bardzo prymitywna konstrukcja, w której zaoszczędzono na wszystkim, co związanez estetyką. Jednocześnie wygląda na auto solidne i łatwe w naprawach.
Tym samym idealnie pasuje do Jordanii. No, może z wyjątkiem stolicy kraju, gdzie spotyka się dużo drogich aut. Sporo Cobaltów widziałem jako auta z wypożyczalni, co potwierdza moją teorię, że to dość solidne i idiotoodporne samochody, a przy tym… tanie.
W naszym egzemplarzu przez 2 pierwsze dni niemożebnie śmierdziało. Potem albo zapach wywietrzał, albo co bardziej prawdopodobne, ja się przyzwyczaiłem.
Ale dość o aucie. Pakujemy się i wyjeżdżamy z lotniska. I tu mała wpadka. Bo wjechałem na pas, gdzie bramki są obsługiwane przepustkami, a nie na taki, gdzie wypuszcza człowiek.
Za nami sznur aut, a z boku plastikowe barierki. Co tu robić? Ostatecznie wysiadłem i przesunąłem barierki, by móc zmienić pas na właściwy. To "nieco" dziwne zachowanie zwróciło uwagę obsługi. Podniosły się zaniepokojone głosy i zrobiło małe zamieszanie. Nie wyglądaliśmy widać na terrorystów, bo po wymianie kilku zdań zmieniliśmy pas i jakoś udało nam się wyjechać.
Madaba
Pierwszy punktem na naszej liście była Madaba - około 60-tysięczne miasto położone nieopodal Ammanu i zaledwie 20 kilometrów od lotniska.
O mieście wiedziałem wtedy tyle, że znajduje się w nim unikalna mapa Ziemi Świętej ułożona z mozaiki oraz jakieś rzymskie ruiny. Z racji wykształcenia, zainteresowań i wykonywanego zawodu, ciekawy byłem zwłaszcza mapy.
Lotnisko opuściliśmy nowoczesną, dobrze utrzymaną drogą z poboczami obsadzonymi roślinami, o które ktoś najwyraźniej dba. Wyjechaliśmy na autostradę, by po chwili zjechać z niej na lokalną drogę, która prowadzi już prosto do Madaby.
Minęliśmy trochę zabudowań, mały pierdolnik tu i tam, by po chwili sunąć przez cudownie zieloną okolicę. Scenerię, którą obserwowałem kątem oka, bo jednocześnie musiałem uważać na wyrastające znikąd progi zwalniające. Ten charakterystyczny element jordańskich dróg opiszę dokładnie później.
Było ciepło, miło i przyjemnie. Przebiegła mi przez głowę myśl, że jak na arabski i pustynny kraj, Jordania nie różni się aż tak bardzo od tego, co mamy w Europie Środkowej...
Może dlatego, po wjechaniu do Madaby, lokalny koloryt znokautował mnie jak Tyson Gołotę w 2010 r.
Zacznę od budynków, które wyglądają na niedokończone, względnie na poważnie zaniedbane. Albo na takie, które dotknęły działania wojenne. Architektura jest jakaś taka niechlujna i pozbawiona finezji. A na obrzeżach miasta wszędzie wala się gruz.
Dalej, już na głównej ulicy miasta, uderza wszechobecna szyldoza. Gorsza nawet niż na Radzymińskiej w Warszawie (sic!). Sklepiki i zakłady usługowe wylewają się na chodniki, przez co przestrzeń sprawia wrażenie jeszcze bardziej zagraconej.

Po kilku minutach skręciliśmy w mniejszą uliczkę. Ruch był tam spokojniejszy, ludzi mniej, ale tu z kolei pojawiły się dzieci, na środku ulicy grające w piłkę. Piłka trafiła w jakiś zaparkowany samochód - no trudno. Ostatecznie, bez strat, dojechaliśmy do celu - Centrum Informacji Turystycznej Madaba Visitor Center.
Żałuję trochę, że nie zrobiłem dokumentacji fotograficznej z tej nieturystycznej części miasta. Bo spacerowaliśmy po niej później, szukając sklepu spożywczego. Więc była taka okazja.
Nie robiłem zdjęć z dwóch powodów. Bo trochę się krępowałam, a trochę bałem wyciągać aparat. Co innego jest fotografować miejsca, które w lokalnej świadomości uchodzą za turystyczne, a co innego uwieczniać codzienne życie. Miałem takie poczucie, że mogę być odbierany jako ten “bogaty Europejczyk”, który patrzy na ich świat z wyższością, jak na coś dziwnego, pewnie gorszego. A ja, ani nie chciałem nikomu sprawiać przykrości, ani samemu mieć nieprzyjemności.
Inna sprawa, że czy tego chcę czy nie, na arabskie miasta z tą wyższością patrzę. Jak dla mnie to wizualny koszmar.
No ale dość o tym. Wracam do miejsca, w którym przerwałem moją opowieść, czyli do Centrum Informacji Turystycznej. Wzięliśmy broszury i ruszyliśmy prosto do lokalu gastronomicznego wypatrzonego w Google Maps.
Była to kebabownia Darna Take Away. Wbrew nazwie, knajpka posiada kilka stolików na piętrze, więc nie musieliśmy konsumować kebsów na ulicy. Ponadto, otwarte na oścież okno salki wychodziło prosto na kościół św. Jerzego z główną atrakcją miasta we wnętrzu.

Kebaby zamówiliśmy bez problemu, Asi udało się nawet znaleźć w menu coś bez mięsa. Ceny są zbliżone do tych w Polsce. Smak raczej też, ale dochodzę do takiego wniosku tylko dlatego, że za nic nie przypominam sobie smaku tego dania. I to nie objaw mojej sklerozy. Podczas tego wyjazdu był też kebab, którego pamiętam doskonale. Ale wszystko w swoim czasie.
Mapa z Madaby - czyli gdzie jest północ
Mapa, która rozsławiła Madabę, to mozaika przedstawiająca Ziemię Świętą. Powstała w VI wieku i pokrywała wtedy całą szerokość kościoła. Miała około 15 metrów szerokości i składała się z ponad 2 milionów kafelków.
Do dziś przetrwał jedynie fragment, ale zawierający ciekawe elementy: Morze Martwe z doliną Jordanu, deltę Nilu i szczegółowo odwzorowaną Jerozolimę.
Co ciekawe, mozaika nigdy nie miała pełnić funkcji użytkowej (czyli pełnić funkcji mapy). Była jedynie dziełem sztuki o religijnym charakterze.
Po wejściu na teren kościoła św. Jerzego okazało się, że Jordan Pass nie obejmuje zwiedzania wnętrza z mapą. Musieliśmy kupić bilety, które na szczęście nie kosztowały wiele, raptem jednego dinara. Mogliśmy wejść do kościoła, choć w zasadzie należałoby o nim mówić cerkiew, bo panuje tu obrządek prawosławny.

Przechodząc od razu do mapy i moich wrażeń z nią związanych - byłem zawiedziony.
Mozaika jest mocno niekompletna i jakaś taka nieczytelna. Za cholerę nie mogłem się połapać, co jest co. Długo też trwało, zanim w ogóle zorientowałem się, gdzie jest północ.

Odbiór tego zabytku byłby zapewne zupełnie inny, gdyby był z nami przewodnik, który palcem pokazałby co ciekawsze miejsca, rzucił anegdotę itp. A tak, mogę dać plusa jedynie za to, że mapa nie znajduje się za warstwami szkła. Od zwiedzających oddziela ją zaledwie symboliczna barierka. Uznano zapewne, że skoro mozaika przetrwała tyle wieków pod gruzami (pierwotny kościół został zniszczony podczas trzęsienia ziemi), to z fleszami aparatów i co bardziej ciekawskimi turystami również sobie poradzi.
Co skrywa Mapa z Madaby?
Jakiś czas po napisaniu powyższego akapitu poczytałem o Mapie z Madaby i potwierdziło się to, co podejrzewałem. Mozaika staje się fascynująca, gdy zaczyna się rozszyfrowywać obiekty, które przedstawia. Prawie za każdym z nich kryje się krótsza lub dłuższa opowieść nawiązująca do historii czy geografii Bliskiego Wschodu, bardzo często Biblii.
Popatrzcie chociażby na zrobione przeze mnie zdjęcie. Po jego prawej stronie, w połowie wysokości, widać antylopę. Ogląda się ona nie bez powodu - goni ją lew, który niestety nie zmieścił się w kadrze.

Lwa można rozpoznać jedynie po nogach i ogonie. Reszta jago ciała została "rozmazana" poprzez wyjęcie kafelków i włożenie ich z powrotem w losowy sposób.
Ta specyficzna cenzura został przeprowadzona przez wyznawców ikonklazmu. Był to ruch w ramach kościoła w VIII i IX wieku, który sprzeciwiał się kultowi obrazów i generalnie wizerunków ludzi i zwierząt. Dlaczego ocalała antylopa i ryby w rzece Jordan (to ten ciemniejszy pas pod antylopą) - nie wiadomo.
Ale zaraz. Lew? Tutaj? Scena polowania rozgrywa się przecież w okolicach Ammanu - dzisiejszej stolicy Jordanii. A nie jest to rejon świata, w którym naturalnie występuje król zwierząt.
Dziś może nie, ale w starożytności tak. W Biblii zwierzę to pojawia się około 150 razy, że wspomnę chociażby Samsona, który ubił jedną sztukę gołymi rękoma. Na terenie Izraela ostatnie lwy widziano około 1200 roku. Przypadek lub nie, akurat w XII i XIII wieku miały miejsce krucjaty do Ziemi Świętej. Natomiast na szeroko pojmowanym Bliskim Wschodzie zwierzęta te występowały do początku XX wieku.
Przy okazji dowiedziałem się, że w starożytności lwy występowały także w Europie. A konkretnie w Grecji. I to nie tylko w czasach legendarnych greckich herosów, ale nawet wtedy, gdy Aleksandr Wielki podbijał świat (IV wiek p.n.e.). Ostatecznie, na Półwyspie Bałkańskim lwy wyginęły około 100 roku p.n.e. Nic dziwnego więc, że zwierzęta te często występują w greckiej literaturze.

Dziś, po wiekach polowań, zwierzęta te żyją na wolności w zasadzie tylko w Afryce. A precyzyjniej, w jej środkowej części, m.in. w Tanzanii czy Kenii.
A wracając do Mapy - scena z polującym lwem miała za zadanie uświadomić oglądającym, że na wschód od Jordanu rozciąga się słabo zamieszkana okolica, w której czyhać mogą niebezpieczeństwa.
Pytań, które się pojawiają podczas oglądania mapy, jest więcej. Na przykład, dlaczego Morze Martwe jest opisywane jako Jezioro Asfaltowe? Co przewożą łodzie na nim? Albo jak mapa Jerozolimy (najstarsza znana) ma się do dzisiejszego starego miasta.
Z mojej analizy mam sporo notatek odpowiadających na przynajmniej część pytań. Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś stworzyć z nich pełnoprawny artykuł.
Po opuszczeniu kościoła skierowaliśmy się w stronę Parku Archeologicznego.
Po drodze przyglądaliśmy się straganom i sklepikom oferującym całkiem ładne pamiątki. Sporo z nich wyglądało na takie wykonane na miejscu, a nie daleko w Chinach.
I nie powinno to dziwić. Madaba i jej okolice słyną z rękodzieła. Są to nie tylko mozaiki, ale przędzone lokalnie tkaniny (chusty, torby, dywaniki), ceramika (kubki, talerzyki, figurki) czy biżuteria. Zdecydowanie, to dobre miejsce na zakup pamiątki z Jordanii.

Park Archeologiczny w Madabie
Miejsce to przywitało nas brakiem obsługi mogącej sprawdzić nasze Jordan Pass. No nic, zachęceni zachowaniem innych, rozpoczęliśmy zwiedzanie.
Muszę stwierdzić, że znajdujące się tu rzymskie i bizantyjskie ruiny zaciekawiły mnie dużo bardziej niż Mapa. Okazało się, że na relatywnie niewielkiej przestrzeni znajdują się dwa kościoły (a w zasadzie ich ruiny), krypta i fragment rzymskiej drogi.
Największe wrażenie robią tu jednak mozaiki. Najbardziej imponująca z nich pokrywa podłogę Hippolytus Hall. Niegdyś stanowiła element wystroju wnętrza domu lub nawet pałacu jakiegoś bogatego człowieka.

Fajne jest to, że poszczególne obiekty posiadają tablice informacyjne z rozbudowanym opisem i rysunkami. Jak zwykle w takich miejscach żałowałem, że z braku czasu nie mogę się zagłębić w opis.
Gdy byliśmy już na rzymskiej drodze, pojawił się starszy pan z wąsem. Jak się okazało, opiekun obiektu. Rzucił okiem na Jordan Pass i jak gdyby nigdy nic zaczął opowiadać o tym i owym. Zabrał nas do wnętrza kościoła św. Eliasza, gdzie mieści się niewielka, ale urodziwa mozaika Drzewo życia (Tree of life).

Zanim towarzystwo wzięło się za robienie zdjęć, pan przewodnik spryskał mozaikę wodą. Tak będzie ładniej - stwierdził. Poza tym, na ten bezcenny zabytek można było najnormalniej wejść. Zaiste, wiara w wytrzymałość dzieł przodków jest w tym mieście silna.
Nieopatrznie zacząłem zadawać przewodnikowi pytania, co skończyło się tym, że zaproponował nam pokaz powstawania mozaiki. Obiecywał, że to niedaleko i zajmie chwilę. Poszedłem więc, a Paweł ze mną.
Okazało się, że oprócz posady w muzeum, pan przewodnik zajmował się też wytwarzaniem i sprzedażą mozaik. To tłumaczy, dlaczego nie zastaliśmy go na stanowisku pracy.
Zobaczyliśmy więc, jak powstają mozaiki. Uleciały mi jeż szczegóły, pamiętam natomiast, że poszczególne „kostki” wycina się z podłużnych, kamiennych sztabek. Paweł dostał dwie lub trzy sztuki zupełnie za darmo. Ja za 10 dinarów kupiłem niewielką mozaikę.
W poszukiwaniu jedzenia (gdzie jest chleb?!)
Skończyliśmy zwiedzanie. Czas było kupić coś do zjedzenia. Poszliśmy więc na główną ulicę Madaby, licząc, że znajdziemy tam jakiś sklep. Sklep był, ale mały i generalnie wyglądał tak, że strach było wchodzić. Zdecydowanie nie było to miejsce nastawione na turystów.
Ale mniejsza o wrażenia estetyczne. Prawdziwy problem polegał na tym, że totalnie nie wiedzieliśmy czym są i ile kosztują produkty na półkach. Totalnie inny świat. Ostatecznie każdy wziął po opakowaniu humusu. Bo był to jedyny produkt, przy którym nie mieliśmy wątpliwości, czym jest.
Wyjeżdżając z miasta napotkaliśmy kolejny sklep. Ten był większy i wyglądał zdecydowanie przyjaźniej. Co nie zmienia faktu, że długo błądziłem między półkami zanim kupiłem coś, co mogło nadawać się do zjedzenia na kolację lub śniadanie. No powiedzmy, że się nadawało.
Wziąłem kolejny humus i ogromne pudełko chałwy za śmiesznie niską cenę. Mogłem to stwierdzić już przed zakupem, bo rozkminiliśmy, że szlaczki pod produktami to ceny, tyle że po arabsku. A że na monetach i banknotach były podobne znaczki, a jednocześnie „normalny” zapis, to mogłem sobie te ceny rozszyfrowywać.
Podobnie jak w poprzednim sklepie, także tu nie było nic, co przypominałoby pieczywo. Rozumieliśmy, że na zwykły chleb czy bułki nie ma co liczyć. Ale nie było nawet pity, która w krajach arabskich robi za chleb. Gdzie lokalsi robią takie zakupy? Z odpowiedzią na to pytanie musieliśmy poczekać do następnego dnia.
W drodze do Wadi Musa
Około godziny 15:00 opuściliśmy Madabę i wyruszyliśmy w stronę miejscowości Wadi Musa, gdzie czekał na nas zarezerwowany nocleg. Mieliśmy do przejechania nieco ponad 200 kilometrów.
Kiedy popatrzymy na mapę Jordanii może nam się wydawać, że najszybszym sposobem na dojazd z Madaby do Wadi Musa jest droga nr 35, zwana też King’s Highway. Jednak nawigacja Googla nawet nie zaproponowała takiego wariantu trasy. Uparcie kierowała nas na autostradę (droga nr 15, zwana też Desert Highway), biegnącą z grubsza równolegle do 35, tylko bardziej na wschód.
Stwierdziłem, że nie będę się kopał z koniem ( tj. nawigacją) i pojadę autostradą. I była to bardzo dobra decyzja. Już w Polsce prześledziłem sobie przebieg trzydziestki piątki i jest to trasa tyle ciekawa, co męcząca.
Przebiega przez liczne miasteczka i osady, fragmentami obfituje w zakręty, no i bywa wąska. Wymusza koncentrację, a to męczy. Podejrzewam, że gdybyśmy ją wybrali, jechalibyśmy znacznie dłużej (Google pokazuje, że godzinę dłużej), a ja u celu byłbym wrakiem człowieka.
Zieleń
Ale jak już napisałem, wybraliśmy prostszy wariant. Dojazd do autostrady ponownie przebiegał przez zieloną okolicę. To, co zwróciło naszą uwagę, to spotykane co jakiś czas rodziny wypoczywające na łonie przyrody.
Był to piątek - odpowiednik naszej niedzieli - więc nic dziwnego, że ludzie wyruszyli za miasto. Koce rozłożone były wprost na trawie, kilkanaście metrów od drogi. Wyglądało to trochę dziwnie, jakby mieszkańcy wjechali komuś na łąkę.
Piknikom tym bardzo często towarzyszyły unoszące się w powietrzu latawce. Wywnioskowaliśmy (bystrzachy z nas), że musi to być popularna w Jordanii rozrywka.
Trochę mi żal Jordańczyków. Zieleni mają bardzo niewiele, i to głównie na wiosnę. Potem to wszystko usycha i robi się piaskowo-szare, jak reszta kraju. Co gorsza, w żadnym mieście poza Ammanem, nie znalazłem parku.

Dojechaliśmy do autostrady i zieleń dość szybko ustąpiła miejsca regularnej pustyni. Piaszczysto-kamienistej, monotonnej i na ogół niezbyt urodziwej.
Największa zaraza jordańskich dróg, która w sumie ma sens
Pustynną Autostradą, ze względu na niewielki ruch, jechało mi się dość przyjemnie. Ruch generowały głównie tiry, których kierowcy za nic mieli ograniczenia prędkości. Jako że wyprzedzanie przez te kolosy to nic miłego, po jakimś czasie zacząłem jechać jak wszyscy. Nieco ponad limit.
Nawierzchnia tej, było nie było, drogi ekspresowej, nie wyróżnia się pozytywnie na tle innych dróg w kraju. Asfalt poprzecinany jest masą pęknięć, które słychać i czuć w samochodzie. Powodują one pewien dyskomfort, ale można do niego przywyknąć. Pamiętam, że jeszcze do niedawna w podobnym stanie był fragment „siódemki” po wyjeździe z Warszawy na Gdańsk. Nie ma więc co narzekać.
Można to natomiast robić z innego powodu. Otóż droga ta przecina kilka osad. W takich miejscach asfalt płynnie przechodzi w szerokie pobocze zwieńczone zabudowaniami. Żadnych barierek. Dlatego często zdarza się, że po twojej prawej ktoś jedzie pod prąd. Przy pierwszej takiej sytuacji puls skacze.
Osady wyróżniały się jeszcze jedną rzeczą - wjazd do nich poprzedzały progi zwalniające.
Wyobraź sobie, że jedziesz 120 km/h, gdzieś tam przed sobą dostrzegasz jakieś zlewające się z otoczeniem budynki i pyk, nagle wyrasta przed tobą próg zwalniający. Dobrze, gdy takie miejsce jest poprzedzone wbitymi w asfalt stalowymi ćwiekami. Gorzej, gdy nie jest.
Dwa, czy trzy razy nie wyhamowałem wystarczająco i wjechałem na próg ze zbyt dużą prędkością. Na szczęście bez strat. Tak jak podejrzewałem, nasz Cobalt to idealny samochód na te rejony świata. Łatwo nie klęka.
Te progi to na pierwszy rzut oka poroniony pomysł. Jest ich w Jordanii sporo i mają tendencję do pojawiania się ni z tego ni owego. Tak przynajmniej myślałem na początku. Tak naprawdę, instalowane są tam, gdzie należy zwolnić i śmiem twierdzić, że robią to skuteczniej niż ograniczenia prędkości.
Trzeciego dnia już dość intuicyjnie wyczuwałem, gdzie taki próg może się pojawić. Moją czujność wzbudzały najmarniejsze nawet zabudowania majaczące na horyzoncie, skrzyżowania w szczerej pustyni czy mosty.
W czasie podroży do Wadi Musa zrobiliśmy jeden postój, na stacji benzynowej. Stacja, zarówno na zewnątrz jak i w środku, prezentowała się dość nowocześnie. Także asortyment wyglądał całkiem znajomo, choć były to w przytłaczającej większości słodycze i przekąski.

No i po raz pierwszy ceny były napisane po naszemu, czyli cyframi arabskimi.

A dla ścisłości, używane przez nas cyfry przywędrowały do Europy dzięki Arabom (którzy to podejrzeli je w Indiach), ale zostały przystosowane do alfabetu łacińskiego. W krajach arabskich wyglądają one tak (od 9 do 0):
٠١٢٣٤٥٦٧٨٩
Czyli różnica polega jedynie na tym, że poszczególne cyfry różnią się wyglądem od tego, co znamy my. Ale i tak, w przypadku cyfr arabskich mniej istotny jest wygląd poszczególnych znaków, a bardziej to, że służą do zapisu liczb w wygodnym matematycznie systemie dziesiętnym. Bo weź na przykład mnóż cyfry rzymskie...
Wadi Musa
Ostatni odcinek trasy, pomimo dającego się odczuć zmęczenia, był całkiem przyjemny. Droga (wróciliśmy na 35) wiła się wśród wzgórz, a w świetle zachodzącego słońca widzieliśmy czerwone góry kryjące Petrę.
Nasz hostel o zastanawiającej nazwie Montreal znajdował się tuż obok drogi, więc nie musieliśmy go szukać wśród ciasnych uliczek miasteczka. Obok było też sporo miejsca do parkowania. Co ciekawe, na szyldzie na budynku widniał napis Montereal.
Po krótkich poszukiwaniach udało nam się odnaleźć obsługę obiektu, która zaprowadziła nas do apartamentu. Pierwsze wrażenie było całkiem miłe. Dużo miejsca, raczej czysto. Zeszliśmy na dół załatwić formalności.
Przy okazji Asia zaczęła wypytywać, gdzie można nabyć pieczywo. W odpowiedzi dostaliśmy kilka pit. Ponadto panowie dali nam mapkę Petry i pokazali, co warto zobaczyć. Roztoczyli przy tym wizję sporych odległości dzielących poszczególne budowle. Stworzyli problem, a zaraz potem zaproponowali rozwiązanie. Za niewielką opłatą zawiozą nas terenówkami w okolicę najdalszej budowli, czyli Ad Deir.
Odmówiliśmy, oni nie naciskali. Zapewne wzięli nas za nieśmierdzących groszem studentów. Poniekąd słusznie. Oczywiście z tymi odległościami przesadzali. Ale o szczegółach jutro.
Wróciliśmy do „apartamentu” i w pierwszej kolejności zajęliśmy się kolacją. Czas był najwyższy, bo ostatnim normalnym posiłkiem był kebab w Madabie.
Po zaspokojeniu głodu każdy miał czas dla siebie. Ja porobiłem kilka zdjęć. Panowały już ciemności, choć godzina była stosunkowa młoda, okolice 19:00. Czyli tak jak w Polsce o tej porze roku.

Bliższe zapoznanie się z naszym lokum spowodowało, że zaczęły wypływać pewne problemy.
Dziewczyny zajęły jeden pokój, ja z Pawłem drugi. Gdy zaczęło się robić zimno okazało się, że ogrzewanie działa tylko w pokoju dziewczyn.
Dalej. Na łóżkach, pod prześcieradłem, znajdowała się folia, która chrzęściła przy najmniejszym ruchu. Nie leżało się na tym zbyt przyjemnie. Zastanawiam się, czy młodzieńcy prowadzący hostel nie zapomnieli po prostu zdjąć foliowego opakowania z zakupionych materacy.
Żeby było zabawniej, oprócz ogrzewania, popsuty okazał się też prysznic. Zawezwaliśmy gospodarza, który męczył się z zaworem sam, potem wezwał pomoc. Pomocy i porad udzielał też Paweł (oczywiście po polsku), było nie było, budowlaniec. Woda pryskała po całej łazience i jak się temu przyglądałem, straciłem nadzieję na powodzenie tych działań.
Tym bardziej docenić należy fakt, że po godzinie walki, prysznic udało się z grubsza naprawić. Działał, choć woda z niego leciała co najwyżej letnia. Ale nic to. Jakoś się umyliśmy i poszliśmy spać.
