Relacja z Madery - Dzień 9
Prawdę powiedziawszy, nie spodziewałem się wiele po tym dniu. Wieczorem mieliśmy lot powrotny do Warszawy, a hostel musieliśmy opuścić do południa. Nie mogliśmy się więc w ciągu dnia zbytnio styrać - lot w stanie nieświeżości to nic miłego. Siłą rzeczy więc, pozostało nam relaksacyjne zwiedzanie Funchal i okolicy. Okazało się, że nie było tak źle.
Tego dnia rano w końcu mogliśmy z czystym sumieniem pospać dłużej, prawie do 8:00. Posilamy się na spokojnie, pakujemy, zdajemy pokój i po podpompowaniu koła w naszym aucie ruszamy do Monte.
Monte
Monte to wzgórze położone na północ od Funchal. Charakterystyczny placyk – miejsce, z którego rusza większość wycieczek po okolicy - znajduje się na wysokości 600 m n.p.m. Przy odległości od brzegu raptem 3 km. Nic dziwnego, że z Monte roztacza się doskonały widok na stolicę i ocean. Ale okolica ma do zaoferowania dużo więcej: zjazdy saniami, ogród botaniczny czy kolejkę linową.
Ulicę, którą wjeżdżaliśmy na wzgórze, pokonywaliśmy już wcześniej ze dwa razy. Pobocza zawsze były pełne samochodów, dlatego obawiałem się problemów ze znalezieniem miejsca do zaparkowania. Problemów nie było, bo okazało się, że na miejscu jest spory parking. Darmowy i prawie pusty. Przynajmniej o 10:00 rano, gdy przyjechaliśmy.
Ruszamy. Pokonujemy zaledwie kilkadziesiąt metrów, a już napatacza się ciekawa rzecz do oglądania. Świetnie zachowana Toyota Corona z lat 70.

Uwaga! Wiedza bezużyteczna. W Toyocie istniała tradycja nazywania sedanów nazwami będącymi pochodnymi słowa "korona". I tak, oprócz już nieprodukowanej Corony, jest bardzo luksusowa Crown. Znana też u nas Camry - to zangielszczona wymowa japońskiego słowa "kanmuri" oznaczającego koronę. Corolla zaś, to po łacinie mała korona, ewentualnie korona kwiatu. I jeszcze nieprodukowana od dawana Tiara, czyli korona papieska.
Idąc dalej, napotykamy ciekawy obrazek. To przyjechał autobus z carreiros - panowie wykonują jeden z dziwniejszych zawodów na świecie. Ale o tym później.

Główny plac Monte to Largo do Fonte. Z wizyty w Rabacal wiem, że "fonte" to źródło. I faktycznie, coś tam było, ale jakoś zapomniałem zrobić zdjęcia.

Na Monte kursują dwie koleje gondolowe. Pierwsza to Teleférico do Funchal. Stację dolną ma na wybrzeżu a górną nieopodal ogrodu Monte Palace.


Druga kolejka to Babosas. Jej stacja górna znajduje się niedaleko stacji Teleférico do Funchal, natomiast stacja dolna przy ogrodzie botanicznym Jardim Botânico da Madeira.

Ogród tropikalny Monte Palace
Jak dla mnie, najbardziej warte odwiedzenia miejsce w Funchal. Spodziewałem się kwiatów i innych roślinek, w każdym razie niczego wartego 20 euro za wstęp. Rzeczywistość okazała się o wiele bardziej różnorodna i ciekawa. Do szczegółów przejdę za chwilę, ale najpierw krótki rys historyczny.
Ogród powstał w XVIII wieku, a jego pomysłodawcą był angielski konsul Charles Murray. Swoją posiadłość nazwał Quinta do Prazer, co w moim kulawym tłumaczeniu oznacza "posiadłość sprawiającą przyjemność" (The Pleasure Estate). W 1897 roku nieruchomość nabył Alfredo Guilherme Rodrigues. Zainspirowany pałacami, które widział kiedyś nad Renem, zbudował tu pałacową rezydencję Monte Palace. Z czasem stała się ona hotelem cieszącym się sporą popularnością.
Mimo to, po śmierci Rodriguesa w 1943 roku, jego rodzina nie pociągnęła biznesu. Posiadłość przeszła na własność instytucji finansowej i przez lata tkwiła w zawieszeniu. Dopiero w 1987 roku została kupiona przez prywatnego właściciela, José Manuela Rodriguesa Berardo, który przywrócił jej dawny blask. A nawet uczynił jeszcze ciekawszą, sprowadzając nowe rośliny, upiększając ścieżki i budując nowe jeziorka.
Tyle historii. Nasza wizyta w ogrodzie stała pod dużym znakiem zapytania ze względu na wspomniane 20 euro. Na miejscu okazało się, że cena biletu to jedynie 12.50 euro. Nie wiem, skąd nam się wzięła ta wyższa cena. Nawet na oficjalnie stronie jak byk stoi 12.50 euro.
Ogród przypomina swym kształtem trapez o wymiarach 300 na 200 metrów. Może te liczby nie wyglądają imponująco, ale wierzcie mi, tu niema miejsca na zbędne trawniki. Kolejne atrakcje pojawiają się jedna za drugą. I tak, zaraz po wejściu widzimy drzewo oliwne liczące sobie tysiąc lat.

Następnie chwila przerwy na kawę i słodką portugalską bułkę.

Kawiarnia mieści się na dachu budynku, w którym znajduje się wystawa rzeźby Afrykańska Pasja. Rzeźby były gromadzone przez aktualnego właściciela posiadłości. Pochodzą z Zimbabwe, a wykonane zostały przez artystów z plemiona Tengenenge.







I taką sztukę rozumiem. To znaczy nie rozumiem, ale oglądanie jej pobudza moją wyobraźnię, rozbawia i zastanawia. Duży like.
W tym samym budynku co wystawa rzeźby, znajduje się kolejna ekspozycja - Sekrety Matki Natury. Obejmuje ona około 700 okazów różnego rodzaju minerałów.

Tę wystawę, razem ze Zbychem, oglądamy dość pobieżnie. Po pierwsze dostajemy oczopląsu, tak dużo tego jest, a po drugie zgubiliśmy Jolę.
Po tym, jak ponownie zebraliśmy drużynę, ruszamy w dalszą drogę. To znaczy na zwiedzanie tzw. Północnego Ogrodu Orientalnego.




W ogrodzie spotyka się sporo różnego rodzaju malunków (scenki rodzajowe, motywy religijne, ważne wydarzenia z historii Portugalii, esy-floresy) wykonanych na płytkach. Najstarsze pochodzą z XV wieku, najnowsze z ubiegłego. Gdyby chcieć je wszystkie dokładnie obejrzeć, to i pół dnia by nie starczyło. W Portugalii bogatszą kolekcję ma tylko Muzeum Narodowe.

Jak nietrudno się domyśleć, w ogrodzie jest od groma posągów.

W końcu dochodzimy do Jeziora Centralnego. To najciekawsza część ogrodu. Ktoś miał naprawdę sporo fantazji.

Przyjrzyjmy się detalom...


Wchodzimy na wysepkę na prawo od kibelka, a tam... dzika papuga!






Idziemy dalej. Czas w końcu przyjrzeć się z bliska wodospadowi.





Nieopodal powyższej konstrukcji tryskającej wodą mieszkał łabędź. Trochę strach było koło niego przechodzić, a i śmierdziało niemożebnie. Posłuchajcie Zbycha (ostatnia sekunda).

Idziemy dalej i znajdujemy idealne miejsce do robienia zdjęć ślubnych.

A oto i tytułowy pałac. Trochę zaniedbany.



Kilka kroków od pałacu znajduje się Południowy Ogród Orientalny. W odróżnieniu od tego północnego, lekko mrocznego, tu dominuje świeża, soczysta zieleń i słońce.


Kwiaty są wszędzie. Tu hortensje w końcu nie powodują zdziwienia. Są bardziej dorodne i w sporej liczbie wariantów kolorystycznych.

W licznych zbiornikach wodnych ogrodu żyją kolorowe ryby Koi. Dożywają one nawet 100 lat!
W jednym z miejsc spotkaliśmy żółwie. Patrząc z daleka, myślałem, że to rzeźby. Zwiodła mnie ich nieruchliwość i to, że widziałem już rzeźbę żółwia w ogrodzie. Karmił go jeden z "chłopców" na jeziorku.


Z południowej części ogrodu widać Funchal i ocean.

Oprócz tego co w ogrodzie, warto zwrócić uwagę na to, co dzieje się za jego murami. Za południowym toczy się normalne życie.

Za to za zachodnim czają się...
Carreiros
Jeden z dziwniejszych zawodów, jakie znam. Carreiros sterują sankami zjeżdżającymi z Monte do Funchal. Dziwnie to brzmi, ale tylko do momentu, gdy się to zobaczy. Na wideo wygląda to tak.
Sanki pojawiły się na Monte w połowie XIX wieku i służyły zwykłym mieszkańcom do szybkiej podróży do Funchal. Oryginalną atrakcją turystyczną stały się nieco później.

Trasa zjazdu ma 2 kilometry, a przejazd trwa około 10 minut. Co ciekawe, wszystko odbywa się normalnymi, publicznymi ulicami, z których korzystają też samochody (choć raczej sporadycznie). Asfalt jest miejscami niesamowicie wyślizgany.
Prędkość sań może miejscami przekraczać 40 km/h, czyli całkiem nieźle.

W miejscu, z którego zjazdy startują, można się na spokojnie przyjrzeć carreiros i ich sankom.
Na tradycyjny strój carreiros składają się białe spodnie i koszula, słomkowy kapelusz i solidne buty z gumową podeszwą. Na historycznych zdjęciach widać, że taki strój był wykorzystywany w tym fachu od dawna.
Budowa sanek też się przez lata nie zmieniła. Drewno i wiklina. Przyjrzałem się płozom - to zwykłe drewno. Można jednak zauważyć, że składają się one z dwóch części. Elementu nośnego, na stałe połączonego z resztą sanek, i przyczepionej na wierzchu listewki. Ta listewka z czasem się ściera i jest zastępowana nową.


No koniec pozostaje kwestia ceny. My z przejazdu nie korzystaliśmy, wiec muszę się posiłkować internetem. I tak, kiedy jedzie jedna osoba przejazd kosztuję 25 euro. Gdy jadą trzy, na osobę wychodzi 15 euro.
W Monte jest jeszcze trochę do zobaczenia (m.in kościół Igreja de Nossa Senhora do Monte), ale nam wrażeń z tego miejsca już w zupełności wystarczyło.
Z powrotem w Funchal
Zostawiamy samochód na naszym ulubionym parkingu wielopoziomowym i idziemy na obiad. Po drodze udaje mi się zrobić zdjęcie wnętrza zakładu produkującego ogrodzenia. Budynek znajduje się przy uliczce, przy której jeszcze rano mieszkaliśmy. Dla przypomnienia, to środek miasta.

Obiad jemy w lokalu Petisqueira Atlantic. Podczas wyjazdu byliśmy tu kilka razy. To trochę taki fastfood, ale z lokalnym jedzeniem. Smacznym, a do tego niedrogim.

Naprzeciwko lokalu znajduje się postój taksówek. Jak widać na zdjęciach, mają one swoje oficjalne malowanie.
Podobnie jak kiedyś w Polsce, lokalni taksówkarze bardzo sobie poważają mercedesy. W Polsce ta miłość przygasła, chyba głównie ze względu na rdzę trapiącą modele produkowane w pierwszej dekadzie naszego wieku.
Na Maderze samochody mają pod tym względem łatwiej. Nie ma zim, więc nikt nie soli dróg. A na południu wyspy jest zazwyczaj ciepło i sucho. Dlatego można tu spotkać pięknie zachowane "Okulary" W210, czy jeszcze starsze "Balerony" W124. Nad Wisłą, zwłaszcza W210, już dawno zbiodegradowały lub są gratami wrastającymi w beton.


Jednym z ciekawszych miejsc w Funchal jest lokalny targ. Targ głownie spożywczy, ale można tu też nabyć kwiaty i pamiątki. Jest też klika lokali gastronomicznych.


Targ znajduje się na granicy starego miasta. Wchodzimy na jego najbardziej turystyczną ulicę, wyłączoną z ruchu Rua de Santa Maria.
Pełno na niej restauracyjnych stolików, co chwila ktoś zaprasza, żeby usiąść i się posilić. Byliśmy tu już kiedyś, ale w nocy. Przyszliśmy znowu, aby przyjrzeć się dokładniej muralom.



Jeśli jesteś miłośnikiem gumowych kaczuszek, to jest tu sklep dla Ciebie.

Nad budynkami kursuje kolej gondolowa na Monte. Ta sama, która swoją górną stację ma obok ogrodu Monte Palace.


Niedaleko kaplicy Świętego Ciała (Corpo Santo) zatrzymujemy się na krótki odpoczynek. Jest godzina 16:00. Może dlatego niewielki placyk świeci pustkami. Nic dziwnego, że interesuje się nami większość tutejszych gołębi.




Wracamy ulicą Rua D. Carlos I. Zdjęcie poniżej to nie ta ulica, tylko jakiś kanał ;-)

Kolejnym punktem planu zwiedzania było pewne popiersie.
 ORP "Wicher". Podróż powrotna do Gdyni trwała zaledwie 6 dni!
Mile łechta moje serce fakt, że popiersie stoi w całkiem zacnej części miasta.

Na koniec zatrzymujemy się jeszcze na niewielkim, zielonym skwerku Jardim Municipal do Funchal.


Czas ruszać w dalszą drogę. Tym razem na lotnisko. Ale po drodze odwiedzamy jeszcze jedno miejsce.
Cristo Rei i Praia do Garajau
Cristo Rei to status zlokalizowana na skraju nadmorskiego klifu. Wzorowana na tej z Rio de Janeiro, ale zdecydowanie mniejsza.

Dużo ciekawsza od samej statuy okazuje się okolica i widoki.

Krótka dyskusja i decyzja. Zjeżdżamy na dół, na plażę Praia do Garajau. Samochodem. Widzimy na dole parking, jest przyzwoita droga i tylko jeden problem, z którego zdaliśmy sobie sprawę w pełni dopiero po zjechaniu do połowy.
Widoczny na zdjęciu powyżej czerwony fragment drogi jest tak cienki, że zmieści się na nim jeden samochód, a do tego zamiast poboczy są murki. Gdyby coś jechało z naprzeciwka, byłby problem. Nam się udało jakoś przemknąć, ale widzieliśmy sytuacje, kiedy ktoś musiał się cofać, albo mijać na centymetry na nieco szerszym zakręcie.
Warto jednak było zaryzykować (choć z perspektywy czasu polecam jednak kolejkę). Plaża wprawdzie nie może się równać z naszymi, ale i tak było to miłe zakończenie pobytu na wyspie.




I to tyle jeśli chodzi o Maderę. Podróż powrotna odbyła się bez większych problemów. Może z wyjątkiem tego, że na lotnisku długo nie było informacji o samolocie do Lizbony. Do tego kręcili się ludzie z poprzedniego lotu, który w ogóle się nie odbył! Ostatecznie jednak, odlecieliśmy o czasie albo z niewielkim tylko opóźnieniem.
Koniec i trochę "making of"
Przy okazji wycieczki przeprowadziłem dwa eksperymenty. Pierwszy, to czy dam radę spakować wszystko, co potrzebne, do 20-litrowego plecaka. Chciałem się sprawdzić, a poza tym lecę samolotem spokojniej, gdy wiem, że cały mój bagaż jest tuż obok mnie.
I tak, zabrałem na sobie buty codzienne, długie spodnie, t-shirt i bluzę (no i gacie ofc). A tak z kolei wyglądał mój plecak. Waga, około 8 kg.

Zmieściłem w nim buty trekingowe, kurtkę, lekką bluzę, 3 pary koszulek sportowych i 2 bawełniane, kilka par skarpetek, 3 pary bielizny, spodnie trekingowe i krótkie.
W jednej strunowej litrowej torebce zmieściłem elektronikę: ładowarki do telefonu (zwykłą i samochodową), słuchawki, batterycase do telefonu (nie użyłem). Do drugiej torebki włożyłem kosmetyki i leki. Do tego w plecaku znalazły się: mały ręcznik (awaryjnie, gdyby w hostelu nie było - a były), klapki, uchwyt do nawigacji, powerbank, przewodnik, kilka batonów, okulary przeciwsłoneczne.
Do tego w bocznej kieszeni termos na kawę, który pozwolił mi zaoszczędzić kupę pieniędzy i pozwolił pić ją na szlaku. A nie ma nic milszego niż spożywanie kawy ze słodką bułką w pięknych okolicznościach przyrody ;)
Eksperyment się udał. W zasadzie, brakowało mi tylko spodni dresowych, które mógłbym nosić w hostelu. Co dało się przeżyć. Oczywiście, zabranie niewielkiej liczby koszulek, bielizny i skarpetek wymagało ich prania. Ale, jako że mieszkaliśmy cały czas w jednym miejscu, nie był to specjalny problem.
Drugi eksperyment to zdjęcia. Dotychczas robiłem je aparatem. Kiedyś kompaktem, a ostatnio bezlusterkowcem. Na Maderze chciałem się przekonać, czy dobry smartfon (Huawei P30) wystarczy. Każdy z Was mógł ocenić sam.
Jak dla mnie jakość jest satysfakcjonująca. Gdybym fotografował moim Olympusem, zdjęcia miałyby więcej szczegółów (widocznych po przybliżeniu), może uniknąłbym kliku poruszeń, a w słonecznych warunkach lepiej kadrował (bo przez wizjer), ale...
Ale nie mam pewności, czy zdjęcia byłyby ładniejsze. Jednak algorytmy "upiększające" na smartfonie robią robotę. Do tego smartfon ma tryb HDR, który sprawdza się idealnie, gdy na jednej scenie mamy bardzo jasne miejsca i cienie. Mój aparat takiej opcji nie ma, a średnio mi się uśmiecha zabawa z plikami RAW...
Kolejna rzecz, która przekonuje do smartfona, to że w jednym urządzeniu mam 3 obiektywy - zwykły, zoom i moje ostatnie odkrycie - obiektyw szerokokątny. Niesamowicie sprawdza się on przy robieniu zdjęć krajobrazowych i w "ciasnych" miejscach. Dzięki niemu widać o wiele więcej, a zdjęcia są ciekawsze. Ten zakres możliwości w aparacie wymagałby posiadania minimum 2 obiektywów (jeden zwykły z zoomem i drugi szerokokątny). Nie wyobrażam sobie ich ciągłej wymiany w "terenie". A w smartfonie, jedno kliknięcie i pracuje inny obiektyw.
Nie chcę już mówić o rzeczach tak oczywistych jak to, że smartfon mniej waży i zajmuje mniej miejsca. Pozytywnie zdziwił mnie natomiast czas działania na jednym ładowaniu. Były intensywne dni, kiedy robiłem ponad 500 zdjęć, kręciłem filmiki, sprawdzałem położenie na mapie, a bateria i tak nie spadała poniżej 40%. Smartfona używałem wprawdzie także jako nawigacji w samochodzie i trochę wtedy go ładowałem, ale i tak, bateria spokojnie starczała na cały dzień. Myślę, że w aparacie miałbym problem, aby nie zużywać dwóch kompletów baterii dziennie nawet w mniej intensywne dni.
No i ostatnia rzecz, którą mają smartfony, a nie mają aparaty (jeszcze?), czyli integracja z kontem Google. Po powrocie do hostelu i połączeniu się z Wi-Fi, wszystkie zdjęcia z danego dnia ładowały się do Zdjęć Google. Prosto i szybko, bez kabelków, bez zgrywania.
Dlatego wątpię, żebym na koleje podróże brał zwykły aparat. Biorąc pod uwagę moje potrzeby, nie ma to już sensu
KONIEC
Półtora roku po napisaniu powyższego tekstu muszę jednak zrewidować moją opinię o zdjęciach ze smartfona (przynajmniej tego mojego). Dziś, ich jakość już mnie nie satysfakcjonuje. I dlatego cofam ostatnie zdanie relacji - w podróż nadal biorę aparat.
