Jak się przemieszczać po Maderze
Trzeciego dnia, a był to piątek, o 9:00 rano odebrałem zarezerwowany wcześniej samochód. Przy tej okazji, chciałbym napisać trochę o transporcie na wyspie oraz o naszym aucie.
Wyszedł z tego mały poradnik. Dlatego jeżeli te aspekty naszej wyprawy Cię nie interesują, przejdź do kolejnej strony.
Autobus czy samochód?
Na wyspie są zasadniczo dwie możliwości przemieszczania się: wynajęty samochód lub miejscowe autobusy (są jeszcze taksówki, ale z nich nie korzystaliśmy). Za autobusem przemawiają:
- niższy koszt
- brak stresu związanego z (osobistą) jazdą samochodem po krętych, wąskich i stromych drogach
- wyruszając na szlak, nie trzeba wracać do punktu, z którego się wyruszyło (tj. auta)
My jednak szybko odpuściliśmy tę opcję. Wystarczyła analiza dostępnych w internecie rozkładów jazdy. Mimo że siatka połączeń jest dość rozbudowana, autobusami nie dojechalibyśmy do wszystkich miejsc, które chcieliśmy zobaczyć.
Po drugie, autobusy obsługują w pierwszej kolejności lokalną ludność. Dlatego bardzo często się zatrzymują, a co za tym idzie, jadą do celu niemiłosiernie wprost długo. Można przyjąć, że od 2-3 razy dłużej niż samochód. Przykładowo z Funchal na zachodnie wybrzeże - 2.5 godziny!

Kolejna wada autobusów to częstotliwość odjazdów. W okolicach stolicy nie jest jeszcze tak źle. Ale już w dalsze rejony wyspy autobusy kursują dwa, trzy razy rano i raz lub dwa po południu.
Dlatego moja rada brzmi - jeśli wybierasz się na Maderę z myślą o pieszych wędrówkach - daruj sobie autobusy. My skorzystaliśmy z nich raz, by dostać się na półwysep São Lourenço (bo blisko, bo często tam jeździły, bo to jeden dzień wynajmu auta mniej). Te trzy godziny (w tę i z powrotem) w drodze tylko utwierdziły nas w przekonaniu, że podjęliśmy dobrą decyzję stawiając na samochód.
Bo samochód to wolność, która na Maderze bardzo się przydaje. Już nawet nie mówię o tym, że nigdzie nie trzeba się spieszyć ani pilnować zegarka. Najlepsze jest to, że można się zatrzymać w dowolnym (no prawie) momencie, by nasycić oczy kolejnym niesamowitym widokiem czy choćby ciekawymi kwiatami na poboczu. My z tej możliwości korzystaliśmy nie raz.

Madera samochodem - czy jest się czego bać?
Cóż, pewne obawy są wskazane, ale nie powinny one powstrzymywać od działania. Jeżeli prowadzisz regularnie samochód i czujesz się przy tym swobodnie, to i na Maderze sobie poradzisz.
Ruch, także w miastach, jest raczej spokojny, a inni kierowcy są wyrozumiali. Drogi są przeważnie dobrej jakości, a wygodnymi ekspresówkami dojedzie się w każdą część wyspy. Oczywiście, w pewnym momencie trzeba z nich zjechać, by dostać się do konkretnych atrakcji, ale lokalnymi drogami pozostaje wtedy do przejechania kilka, góra kilkanaście kilometrów.
Zdarzają się bardzo wąskie drogi, takie, gdzie mija się innych na lusterka. Czasem trzeba się wręcz cofnąć do szerszego miejsca, aby przepuścić jadących z naprzeciwka. Ale to margines.
W wielu miejscach można spotkać zakręty o 180 stopni, ale zazwyczaj jest tam na tyle szeroko, że nie ma problemu z ich pokonaniem. Czasami, dojeżdżając do zakrętu nie widać, czy nie jedzie coś z naprzeciwka - można wtedy ostrzegawczo zatrąbić. Jak tubylcy :-)
Jedyne miejsca gdzie, zwłaszcza na początku, robiło mi się nieco gorąco - to mniejsze miasteczka. Często spotyka się w nich miks wąskich i jednocześnie stromych ulic. Normą są budynki czy murki tuż przy ich skraju i bardzo często stoją na nich zaparkowane samochody blokujące jeden pas. A jak jeszcze trafi się zakręt... Często w takich miejscach zmieniałem pas i modliłem się, aby nic z naprzeciwka nie jechało. Nigdy nic nie jechało, ale widziałem sytuacje, gdy na jednym pasie spotykały się dwa samochody. Jeden z kierowców po prostu się wtedy wycofywał.
Tego typu sytuacje zdarzają się też w Polsce i jedyny czynnik, który dochodzi na Maderze, to powszechne stromizny. Na widok niektórych włos się jeży, a usta mimowolnie szepczą: ja pier... Jadąc po nich, ma się obawy, czy samochód nie fiknie kozła do tyłu i czy silnik da radę. A jak na końcu takiego podjazdu trafi się droga z pierwszeństwem przed którą trzeba się zatrzymać, żeby za chwilę ruszyć - puls skacze.
To znaczy ja tak miałem, przez pierwsze dwa, trzy dni. Po tym czasie, nauczyłem się ruszać z ręcznego nawet pod najgorszą górę. Możliwe, że ten problem (ruszanie z ręcznego) w ogóle cię ominie, bo dostaniesz auto z asystentem ruszania pod górę (ang. hill holder). W każdym razie, rezerwując auto, zawsze można spróbować poprosić o to udogodnienie.
Parkingi i parkowanie
Na Maderze nie mieliśmy większym problemów ze znajdowaniem miejsc do zaparkowania. Należy jednak wziąć pod uwagę, że byliśmy na wyspie już po zakończeniu wakacji, a na szlaki ruszaliśmy dość rano.
Na początku każdej z odwiedzonych lewad tudzież szlaków był parking lub w ostateczności kawałek pobocza, gdzie można było stanąć. Podobnie było przy punktach widokowych, plażach i innych atrakcjach. Zazwyczaj miały swój parking, choć nie zawsze tuż obok. Do tego, w takich miejscach ani razu nie musieliśmy sięgnąć do kieszeni.
Płatne parkowanie to natomiast standard w Funchal i w większych miejscowościach. Miejsca parkingowe są wyznaczane przez różnokolorowe linie.
Białe linie oznaczają, że parkowanie jest darmowe. Takich miejsc nie ma zbyt dużo i są zazwyczaj zajęte. Często jest też na nich literka "M" jak moradores czyli mieszkańcy. Co raczej wyklucza parkowanie, ale na chwilowy postój (na przykład wbicie miejsca w nawigacji) nikt nie powinien się obrazić.
Linie niebieskie oznaczają miejsca płatne. Kwoty nie są specjalnie duże, a poza tym można liczyć na wyłączenia w weekendy i w godzinach nocnych. Nie wiem, czy te wyłączenia obowiązują wszędzie (zawsze warto sprawdzić), ale na dwóch parkometrach, z którymi miałem kontakt, była taka informacja:

Są jeszcze linie żółte. I na nich, z tego co się zorientowałem, nie można się zatrzymywać.
W ostateczności, można poszukać parkingu wielopoziomowego. My przez kilka nocy zostawialiśmy nasze autko w Park 5 niedaleko naszego hostelu. Cena za noc (a w sumie dobę) to sensowne 3.2 euro. Całkiem wygodne rozwiązanie, a ja spałem wtedy spokojniej, niż gdy samochód stał na ulicy.
Osiołek
Czyli nasze autko. Początkowo zamierzałem je w tym tytule bardziej znieważyć słownie. Tak mi zalazło za skórę. Ale po przemyśleniu sprawy stwierdziłem, że w sumie dowiozło nas wszędzie gdzie trzeba, więc może nie zasługuje na obrzucanie je epitetami.

Samochód wypożyczyłem w lokalnej firmie. Informacje o niej znalazłem na forum fly4free, gdzie zbierała same pozytywne opinie. Jej dużym plusem było to, że w cenie wynajmu było pełne ubezpieczenie i brak kaucji. Cena z wynajem była wprawdzie dwa razy wyższa niż w sieciowych wypożyczalniach, ale uznałem, że warto.
Po pierwsze, ze względu na ubezpieczenie. Wykluczało ono jakiekolwiek dodatkowe koszty z naszej strony gdyby, coś się stało*. Druga sprawa to kaucja. W Portugalii obowiązują dość wysokie kwoty rzędu 1.5 tys. euro! A tu, zapłaciliśmy 200 euro gotówką i o nic więcej nie musieliśmy się martwić.
Jeżeli nigdy nie wypożyczałeś/aś samochodu, to śpieszę z wyjaśnieniem, o co chodzi z tymi kaucjami. Przy wypożyczaniu samochodu płaci się za jego wynajem. Ale poza tym, zazwyczaj jest na naszej karcie kredytowej blokowana pewna kwota, na przykład 1.5 tys. euro. Kwota jest odblokowywana, gdy zwrócimy samochód nieuszkodzony. Natomiast gdy z autem coś się stanie, wypożyczający może nam nie zwrócić całej zablokowanej kwoty. To, co zabierze, idzie na pokrycie szkód. Nie może nam przy tym "ściągnąć" więcej, niż zablokował. Mnie to nigdy nie spotkało, ale czytałem o sytuacjach, w których za niewielkie uszkodzenia typu zarysowanie, ściągane były nieproporcjonalne duże kwoty. A myślicie, że takie zarysowania są w ogóle naprawiane? Gdzie tam.
Oczywiście, czasem jest to bardziej skomplikowane, i blokowana jest niższa kwota, a wypożyczalnia może ściągnąć z karty więcej - do wysokości tzw. wkładu własnego. Wszytko zależy od kraju i wypożyczalni.
Wykupienie dodatkowego ubezpieczenia zmniejsza lub w ogóle znosi wkład własny. Sprawdzałem koszt takiego ubezpieczenia na Maderze dla sieciowych, globalnych wypożyczalni, i było drogo. Podejrzewam więc, że prawdopodobieństwo uszkodzenia auta na Maderze jest stosunkowo duże.
No ale wróćmy do samego samochodu. Dlaczego się nie polubiliśmy? Po pierwsze, rezerwowałem miłego memu sercu Fiata Pandę, a dostaliśmy Mitsubishi Spacestar. Ale to norma, że dostaje się inne auto niż zarezerwowane. Zazwyczaj wyższej klasy, i tu właśnie tak było. Ale i tak wolałbym Pandę.
Ale mniejsza o moje sentymenty. Większym problemem było to, że nasze Mitsubishi było po prostu za słabe na górzyste drogi wyspy, obfitujące w strome podjazdy ciągnące się miejscami nawet przez kilka kilometrów. Na pierwszym biegu auto miało moc, ale już przy prędkości 30 km/h obroty były na tyle wysokie, że silnik nieprzyjemnie warczał, a ja czułem, że robię mu krzywdę. Wrzucenie przy tej prędkości 2 biegu, nawet na niewielkim wzniesieniu, powodowało, że auto dostawało zadyszki i zwalniało. Jakie to było irytujące!
Po pewnym czasie znalazłem na to sposób. Jedynka, przyśpieszenie do 40 km/h, i dopiero wtedy zmiana na 2 bieg. I ogniem do następnego zakrętu. Byleby obroty nie spadły poniżej 3 tyś/min. Przed zakrętem dohamowanie, redukcja, a po wyjściu znowu gaz do dechy. Innymi słowy, zacząłem jeździć jak miejscowi. A wolałbym jednak spokojniej.
Ja nawet nie mam za złe "spejsiakowi" tej jego małej mocy. Bardziej obwiniam wypożyczalnię, która znając lokalne uwarunkowania, zdecydowała się na najsłabszą wersję silnikową tego modelu.
A nie był to jej jedyny "grzech". Pali licho przekrzywioną kierownicę przy jeździe na wprost - w żadnym aucie, które wynajmowałem, nie była ona prosto. Ale kompletnie łyse opony (tylne) widziałem pierwszy raz. Jeżdżąc po wyspie modliłem się, żeby nie spadł mocniejszy deszcz.
Opony miały też za niski profil. Łatwo wtedy uszkodzić felgę i samą oponę. Być może przez to, a być może zwykły pech sprawił (no bo przecież to nie wina kierowcy ;), że to ostatnie nam się przydarzyło.
Przychodzimy pewnego poranka (poniedziałek) do samochodu, a tam kapeć w prawym przednim kole. Podejrzewaliśmy zwykłą złośliwość, bo zaparkowaliśmy za darmo (bo weekend) obok płatnego parkingu. Koła zapasowego nie było, wiec tylko dołączonym kompresorem napompowaliśmy oponę i postanowiliśmy ją obserwować. Przy okazji wzruszenie - przednie opony były polskiej marki "Kormoran" - a także lekka konsternacja - dlaczego wentyle nie mają zakrętek?
Obserwacje z poniedziałku wykazały, że z oponą jest wszytko OK. Ale było to złudne wrażenie. Powietrze powoli uciekało, i w kolejnych dniach musieliśmy oponę dopompowywać.
Co zabawne, samochód miał czujnik utraty ciśnienia w oponach. To znaczy była taka lampka na zegarach, ale kontrolka ta nigdy się nie zaświeciła. Nawet gdy tego powietrza wyraźne brakowało. Przypadek?
Mam podejrzenie, że ktoś ją po prostu dezaktywował odłączając odpowiedni kabelek. Kiedyś było to w Polsce działanie dość powszechne wśród Mirków - handlarzy działających według dewizy co z oczu to z serca. Być może, opona była uszkodzona od samego początku. Ale to już gdybanie.
Ale wobec powyższego, nie poleciłbym tej wypożyczalni. Zły byłem na całą sytuację tym bardziej, że mieliśmy to pełne ubezpieczenie. Ale czy one na pewno było pełne?
Otóż ubezpieczenie nie obejmowało uszkodzeń opon, szyb i lusterek. Normalna praktyka wypożyczalni, nie tylko tych lokalnych. To dlatego, dojeździliśmy z tym kołem do samego, szczęśliwego końca na parkingu przy lotnisku. W schowku zostawiłem tylko informację, żeby się tej oponie przyjrzeli i "naprawili" kontrolkę ciśnienia ;)
