Relacja z Madery - Dzień 4
Punktem głównym tego dnia mają być atrakcje doliny Rabaçal. Ale zanim tam dotrzemy, zachęceni mijanymi widokami, decydujemy się na krótki postój w jednym z miasteczek.
Arco da Calheta
Drzewa wyrastające z asfaltu i charakterystyczne girlandy znajdują się w tym miejscu.


Rabaçal - w mglistej krainie wodospadów
Region Rabaçal to prawdziwe zagłębie atrakcji charakterystycznych dla wyspy. Są szlaki wzdłuż lewad, wodospady i urocze górskie jeziorko. Do tego majestatyczne góry tonące w zieleni. O ile akurat nie ma nisko wiszących chmur, które w tej okolicy są czymś normalnym. Ale to jest do przeżycia. Zdecydowanie warto tu przyjechać.
W Rabaçal spędziliśmy 6 godzin i udało nam się obejść większość atrakcji z przewodnika. Nie znam dokładnego dystansu, ale było to coś w okolicy 20 kilometrów.
Wędrówkę rozpoczynamy na parkingu zlokalizowanym na szczycie górskiego grzbietu. Oprócz ładnego widoku wita nas mocny wiatr i niska temperatura. Czym prędzej każdy zakłada na grzbiet co tam ma ciepłego.

Takie zróżnicowanie pogody na niewielkiej w sumie wyspie to norma. Wynika ono z tego, że góry przebiegające przez środek wyspy zatrzymują chmury płynące z północy (i one wtedy się kłębią i zalegają w dolinach). To dlatego na północy jest wilgotno, panują niższe temperatury i często utrzymuje się zachmurzenie, podczas gdy na południu zazwyczaj świeci słońce. Jadąc na Maderę, trzeba tę specyfikę zaakceptować i być na zmienne warunki pogodowe przygotowanym.
My byliśmy, więc bez lęku w sercu wyruszamy na szlak. Nitka asfaltu widoczna na zdjęciu powyżej to droga do leśniczówki, a jednocześnie pierwszy odcinek naszej trasy. Półtora kilometra ciągłego schodzenie po twardym asfalcie - na dłuższą metę mało przyjemne.
Po pół godzinie dochodzimy do leśniczówki Rabaçal, będącej jednocześnie przyjemną kawiarnią i toaletą - w zasadzie jedyną w okolicy.

Po krótkiej przerwie ruszamy na szlak do tzw. 25 Źródeł, biegnący wzdłuż lewady... Levada 25 Fontes. Początkowo szlak prowadzi przez las.



Lewada jest miejscami zaniedbana i zarośnięta. Raczej nie pełni już swojej pierwotnej funkcji. Zastanawiam się, czy woda "dla ludzi" nie płynie teraz przypadkiem rurą pojawiającą się na zdjęciach powyżej. Swoją drogą, mogli ją jakoś bardziej wkopać - szpeci szlak.
Przez chwilę mam nadzieję, że się przetrze. Ale z czasem chmur już tylko przybywa. Niezrażeni tym idziemy dalej a szlak zaczyna biec skrajem wzgórza. Robi się bardziej wymagający ale za to mijane widoki - ciekawsze.



Będąc już blisko "25 Źródeł" robimy przerwę na posiłek. Jest to pierwszy raz na wyspie, kiedy towarzyszy nam w nim gromadka ptaków. Konkretnie zięby. Potem spotykamy je wielokrotnie, zawsze w porze posiłku ;) Jak widać na zdjęciu, ptaki prawie w ogóle nie boją się ludzi.

Po skończeniu zabawy w ptasiego fotografa ruszamy, i... po 2 minutach dochodzimy do celu. "25 źródeł" okazało się małym jeziorkiem, do którego z trzech stron, po czerwonych, pionowych ścianach, wpadają liczne strumyki.

Kolejny punkt naszej wędrówki, to wodospad Risco (co Google Translator tłumaczy jako "Ryzyko"). W zasadzie to główna atrakcja Rabaçal. Na mnie jakiegoś wielkiego wrażania nie zrobił. Za to dolina, do której wodospad wpada, wygląda całkiem zacnie.


Na zdjęciu powyżej widać, że ponad Risco znajduje się drugi wodospad. Wpada on do niewielkiego jeziorka Lagoa do Vento. Stało się ono naszym kolejnym celem.
Dotarcie tam z punktu widokowego spod Risco zajmuje nam prawie półtorej godziny. Najpierw musimy wrócić do leśniczówki i tam dopiero wchodzimy na szlak do "Laguny Wiatru" (tak, to też tłumaczenie Google Translatora).
Tymczasem chmury już całkowicie przytuliły się do górskich zboczy. O podziwianiu widoków możemy zapomnieć. Dobrze, że przynajmniej sama ścieżka i jej najbliższe okolice są widoczne. No i nie pada :-)

Pewne zniechęcenie, które dopadło mnie z powodu pogody, zniknęło całkowicie, gdy w końcu docieramy do Lagoa do Vento. Miejsce to po prostu mnie urzekło. I być może spora w tym zasługa wszechobecnego zamglenia, które budowało klimat. No i było tu wyjątkowo mało ludzi.




A tutaj filmik z tego miejsca.
Do parkingu wracamy wzdłuż Levada do Alecrim („Lewada Rozmarynowa”). Przyjemny i wygodny szlak oferujący, jeśli wierzyć przewodnikowi, ładne widoki na pagórkowatą okolicę. Nam cały czas towarzyszą chmury. W tym miejscu jest to o tyle ciekawe, że widzimy jak ich tumany, próbując sforsować górę, przetaczają się przez naszą ścieżkę (filmik). Jesteśmy też na tyle wysoko, że miejscami czujemy ciepło świecącego gdzieś nad nami słońca.

I tak wygląda Rabaçal. Prosto z parkingu jedziemy na obiad do jednej z miejscowości na wybrzeżu (Estrada da Calheta). 5 kilometrów i 25 minut od Rabaçal - zupełnie inny świat.

Po posiłku możemy wracać do Funchal. Ale po drodze jest jeszcze trochę do zobaczenia.
Cabo Girão
Cabo Girão to taras widokowy zlokalizowany na wysokim klifie schodzącym do oceanu. Część podłogi jest przeszklona, dzięki czemu widać znajdujący się 600 metrów niżej brzeg oceanu. Szkoda, że szyba nie jest bardziej przejrzysta. To by dopiero robiło wrażenie!




Widoczne na zdjęciach brązowe kształty, to do dziś wykorzystywane pola uprawne. Tak to wygląda z dołu. Rolnicy, którzy je kiedyś zakładali, musieli być mocno zdeterminowani.
Nie udało mi się znaleźć na mapie ścieżki, która pozwoliłaby się tam dostać. Kiedyś na pewno istniała, ale dziś zastąpiła ją kolejka linowa.
Camara de Lobos
Miasto Camara de Lobos („Komnata Wilków”, „Wilcze Leże”?) położone jest po sąsiedzku z Funchal. Turystów przyciąga tu port rybacki oraz stara zabudowa zlokalizowana wokół niego. Gdzie nie czytać, Camara jest opisywana jako malownicza i fotogeniczna. Postanowiliśmy to sprawdzić.
Najpierw przechodzimy przez kwartał starej, zwartej zabudowy. Wygląda to całkiem klimatycznie.

Tuż przy porcie znajduje się niepozorna kaplica Nossa Senhora da Conceição. Zbudowana w 1420 roku, jest najprawdopodobniej najstarszą kaplicą na wyspie. Wnętrze kościółka jest ozdobione malunkami przedstawiającymi życie św. Antoniego - patrona portugalskich żeglarzy i rybaków. W kaplicy modlili się lokalni rybacy przed wyruszeniem w morze.

W końcu dochodzimy do zatoczki portu. Faktycznie, jest malowniczo. Jest sobota, więc w porcie niewiele się dzieje.


Więcej sztuki stworzonej dzięki recyklingowi znajdujemy na ulicy R. São João de Deus. Już na samym początku uwagę zwracają klosze lamp z butelek i bębnów od pralki.

Potem zaczyna się galeria "obrazów" wykonanych z puszek.



Na koniec wypoczywamy przez chwilę na miejscowej plaży.


A już jutro, miejsca z zupełnie innej parafii.
