Relacja z Madery - Dzień 7
Plany na ten dzień nieco pokrzyżowała nam pogoda.
Gdy wyjeżdżamy z Funchal jest jak zwykle ładnie. Ale z każdym kilometrem w głąb wyspy pojawia się coraz więcej chmur. W pewnym momencie jedziemy przez las spowity mgłą tak gęstą, że widoczność wynosi kilkanaście metrów. Dlatego rezygnujemy z wizyty na najbardziej popularnym punkcie widokowym wyspy - Balcoes Ribeiro Frio - i od razu przystępujemy do realizacji drugiego punktu planu.
Levada do Furado - wilgoć
To kolejny lewadowy klasyk. Niezwykle popularny wśród turystów, bo na szlaku można napotkać wszystko, co sprawia, że lewady przyciągają ludzi: widok na góry i doliny porośnięte wawrzynowym lasem, przełomy skalne i tunele. To zachęca, w przeciwieństwie do nazwy - "furado" oznacza "znudzony".
Szlak łączy osady Ribeiro Frio i Portela, i ma długość około 11 km. My wyruszyliśmy z Ribeiro Frio, doszliśmy do pompowni Lamaceiros, po czym wróciliśmy do samochodu. W sumie przeszliśmy około 17 kilometrów, a zajęło to nam 5 godzin.
To, że lewada należy do popularniejszych, przekonujemy się w Ribeiro Frio. Sporo tu turystycznej infrastruktury nastawionej na wydawanie pieniędzy. Jest na przykład restauracja serwująca hodowane na miejscu pstrągi. Po przybyciu nie tracimy jednak czasu na zwiedzanie (robimy to po powrocie) i od razu ruszamy na szlak.
A ten zaczyna się niewielkim wodospadem, z którym wiąże się moje najbardziej traumatyczne wspomnienie z Madery. Gdy robiłem poniższe zdjęcie, moje zawieszone na koszulce okulary przeciwsłoneczne wybrały wolność i wylądowały w nurcie płynącej poniżej lewady.

Zastanawiam się teraz, dlaczego przy zachmurzeniu 100% ja te okulary w ogóle nosiłem na wierzchu. A na marginesie, to już drugi raz, jak tracę okulary przeciwsłoneczne w Portugalii. Poprzednim razem, a było to w Porto, trzymałem je w kieszeni bluzy i zgniotłem przez przypadek. Zaraza.
Ale nie ma co płakać, idziemy. Przez pierwsze kilkanaście minut szlak jest szeroki i wygodny. Potem robi się ciekawiej.




Wszystko na szlaku jest przesycone wilgocią.

Po godzinie zatrzymujemy się na posiłek. I od razu mamy gości. Wręcz jedzą nam z ręki.




Jedno z bardziej charakterystycznych miejsc na szlaku - jeziorko wypełniające skręt lewady o 180 stopni.



Po godzinie i 40 minutach mijamy relikwiarz Najświętszej Marii Panny wkomponowany w skałę nad lewadą. Zbudowali go robotnicy podczas generalnego remontu kanału.

Tymczasem mgła i nisko wiszące chmury nie odpuszczają, przez co widoczność jest niewielka. A szkoda, byłoby stąd widać ocean i nadmorskie Porto da Cruz.

Na osłodę mamy atrakcje na samym szlaku. Głęboką na 20 metrów skalną szczelinę i serię krótkich tuneli.


Dwie i pół godziny po wyruszeniu docieramy do celu naszej wędrówki - pompowni Lamaceiros (ta nazwa ma jakieś konotacje z błotem).

Spożywamy tu posiłek, ale nie siedzimy zbyt długo. Bezruch powoduje, że dość szybko robi się zimno. Wracamy.


Po powrocie do Ribeiro Frio, kręcimy się jeszcze chwilę po okolicy. Oprócz knajp i sklepu z pamiątkami można tu też odwiedzić niewielką kaplicę.


Muzeum CR7
Po powrocie do Funchal mieliśmy jeszcze sporo czasu, więc wybraliśmy się odwiedzić niepoznaną jeszcze część miasta. Zaś punktem głównym wycieczki było muzeum Cristiano Ronaldo.
I... no cóż. Muzeum ani mnie, ani Zbyszka - jakby nie patrzeć fanów futbolu - nie porwało. Można tu zobaczyć zdobyte przez CR7 puchary (chyba raczej ich kopie), złote piłki, złote buty itd. Są dwie woskowe rzeźby oryginalnej wielkości. Ale wystawa ta jest po prostu nudna. Brakuje choćby szczątkowych opisów, ciekawostek, jakiejś narracji w tym wszystkim. To po prostu zbiór przedmiotów. Dobrze, że cena niewielka - zaledwie 5 euro.



