Relacja z Madery - Dzień 8

Pierwszym wyborem na ten dzień jest Boca Risco ("Niebezpieczna Dziura") - ekscytujący szlak biegnący nadmorskim klifem w północno-wschodniej części wyspy. Musimy jednak z tej opcji zrezygnować.

Przy śniadaniu sprawdzamy pogodę, a ta nie daje nadziei - w tamtej okolicy pada i będzie padać. Dlatego postanawiamy zobaczyć kolejną lewadę. I w sumie nie żałuję, bo wyspa zaskoczyła nas po raz kolejny.

Levada do Bica da Cana - krowy i betoniarka

Niezwykłość tej lewady na tle pozostałych (przez nas widzianych) polega na tym, że znajduje się w południowej części wyspy. Otoczenie jest suche i pozbawione drzew. Niesamowity kontrast po zielonej i nasączonej jak gąbka wodą Levada do Furado, odwiedzonej poprzedniego dnia. Ponadto, nie jest to oficjalny szlak. Nie ma więc barierek, a ścieżka jest miejscami zaniedbana i zarośnięta. Cudownie!

Szlak ma długość około 12 km (w tę i z powrotem). Przejście zajęło nam około 4 godzin.

Po dotarciu na miejsce wskazane w przewodniku jako początek szlaku i zaparkowaniu samochodu - lekka konsternacja. Gdzie jest ten szlak?

Parkujemy na poboczu. Trochę słabo, że na zakręcie.
Parkujemy na poboczu. Trochę słabo, że na zakręcie.

Ostatecznie, po krótkich poszukiwaniach, udaje się nam wśród wysokich krzaków znaleźć wejście.

Choć początkowo mieliśmy pewne wątpliwości, czy na pewno dobrze idziemy. Bo ścieżka była, ale kanału lewady już nie.

Po chwili lewada się znajduje, ale wygląda jakby dopiero co wyszła spod kielni. I wyszła. Dowody na to znajdujemy już wkrótce.

Kanał jest odnawiany. Z tego co zaobserwowałem, sprowadza się to do usunięcia starej "rynny" i wybetonowania zupełnie nowej. Za naszej tu bytności, kompletnie nieruszona była jedynie początkowa część lewady - czyli ta, do której zdążaliśmy.

Pierwsze sensownej wielkości drzewo (podobno sosna) spotykamy dopiero po 15 minutach.

Samotna sosna na szlaku Levada do Bica da Cana
Samotna sosna na szlaku Levada do Bica da Cana

Po jakimś czasie w lewadzie pojawia się woda. To, czego nie spotkaliśmy w innych miejscach wyspy, to odcinki kanału pod dużym nachyleniem. Zwróćcie też uwagę na ścieżkę, a raczej jej brak.

Szlak biegnie tu ostro do góry
Szlak biegnie tu ostro do góry

Pierwszy postój na posiłek urządzamy na niewielkim wzniesieniu nieopodal szlaku. Świeci słońce, jest miło i przyjemnie.

Wiatraki widoczne na zdjęciu powyżej są zlokalizowane na płaskowyżu Paul da Serra. Płaskowyż też zajmuje sporą część wyspy i wygląda trochę jak preria. Niesamowite, jak dużo krajobrazów można spotkać na obszarze o wielkości porównywalnej do powiatu wołomińskiego.

Płaskowyż jest znany z wiejących tu silnych wiatrów. Nie dziwi więc obecność wiatraków. Wiatry te były też powodem odrzucenia pomysłu budowy tu lotniska. Rozważano taką opcję, gdy okazało się, że pas startowy dotychczasowego lotniska jest zbyt krótki. Jak już pisałem pierwszego dnia, ostatecznie zdecydowano się rozbudować istniejący pas, posadawiając go na palach.

Nawet ptaki tu inne. I z wyglądu i z zachowania. Nie czatują na jedzenie turystów.
Nawet ptaki tu inne. I z wyglądu i z zachowania. Nie czatują na jedzenie turystów.

Wędrując, natrafiamy na miejsce, gdzie trwają intensywne prace porządkowe - wycinana jest wysoka i gruba trawa. Ta płachta na zdjęciu daje robotnikom schronienie przed słońcem. Znalazł się też tam kartonik na datki od przechodzących turystów.

Ale oficjalnie to nie jest szlak turystyczny. Nie ma więc barierek, nawet w miejscach potencjalnie niebezpiecznych.

Gdyby nie chmury, widoczne byłyby nadbrzeżne miasteczka i ocean
Gdyby nie chmury, widoczne byłyby nadbrzeżne miasteczka i ocean
Tak wyglądają szalunki pod budowę lewady. Widać betonowe pozostałości po starym kanale.
Tak wyglądają szalunki pod budowę lewady. Widać betonowe pozostałości po starym kanale.

Po przebyciu około 3 kilometrów docieramy do jeszcze nieodnowionej części lewady. W tym momencie kończy się miękka gra. Lewada, podobnie jak szlak, jest zaniedbana. Na początku musimy przedzierać się przez chaszcze, a potem wchodzimy w spore kępy żółtych kwiatów. Ładnie wyglądają, ale niesamowicie drapią nogi.

Żółty kwiat i kolce, żółty kwiat i kolce, żółty kwiat i kolce...
Żółty kwiat i kolce, żółty kwiat i kolce, żółty kwiat i kolce...

Trochę pokiereszowani dochodzimy do niewielkiego wodospadu, gdzie spożywamy posiłek. Zastanowiła mnie ta furtka. Komu zagradza drogę? Wkrótce mieliśmy się przekonać.

Oto bowiem w pewnym momencie wyłoniła się ona! Samotnie pasąca się krówka. I tak mieliśmy szczęście, że stała z dala od szlaku. Na zdjęciu w przewodniku całkowicie blokowała przejście.

Spokojnie, to zdjęcie z zoomem, nie podchodziłem tak blisko ;-)
Spokojnie, to zdjęcie z zoomem, nie podchodziłem tak blisko ;-)
Fragment przewodnika z omawianą krową
Fragment przewodnika z omawianą krową

Po minięciu krowy tempo marszu znacząco spada. Musimy uważać, żeby się nie poślizgnąć i nie zamoczyć butów w błotnistej mazi pokrywającej szlak.

Może i ścieżka nie jest w zbyt dobrym stanie, ale za to jest niesamowicie klimatyczna.
Może i ścieżka nie jest w zbyt dobrym stanie, ale za to jest niesamowicie klimatyczna.

Przechodzimy też przez tuman chmur, który zaległ na szlaku.

Lewada we mgle
Lewada we mgle

Po nieco ponad dwóch godzinach dochodzimy do końca szlaku. Pierwsze, na co zwracam uwagę, to krowa na wzgórzu, która z nieznanych mi powodów ucieka wyżej, gdy chcę jej zrobić zdjęcie.

Nie wiem, jak ona tam wlazła
Nie wiem, jak ona tam wlazła

Intrygują też wetknięte na pale gumiaki. W sumie niegłupi pomysł, po co je za każdym razem taszczyć na górę. Ciekawe, kto jest ich właścicielem. Osoba doglądająca krów?

Odpoczywamy kilkanaście minut (zobacz jak!) i ruszamy w drogę powrotną.

W oddali widać wzgórze nadmorskiego miasteczka Ponta do Sol
W oddali widać wzgórze nadmorskiego miasteczka Ponta do Sol

Niedaleko miejsca, gdzie zaparkowaliśmy samochód, wyleguje się kolejna na naszej drodze krowa.

Madalena do Mar

W drodze powrotnej wstępujemy na obiad do wioski Madalena do Mar. Ja wziąłem złowione na miejscu krewetki. Jedzenie tyle dobre, co upierdliwe.